30 grudnia 2013

Rozczarowanie

Do końca dnia Łukasz się nie odzywał. Następnego ranka kilka minut po godzinie 9-tej obudził mnie SMS od niego.
Przepraszam, że się nie odzywałem. Mama zrobiła mi niesamowitą niespodziankę. To była najwspanialsza wigilia w moim życiu.
Uśmiechnęłam się do telefonu, odłożyłam go na szafkę i na powrót wtuliłam głowę w poduszkę. Po chwili do pokoju weszła mama. Obwieściła, że za chwilę idziemy do kościoła, bo na obiad przyjadą dziadkowie. Chcąc uniknąć świątecznych sprzeczek posłusznie wstałam, umyłam się, ubrałam i zeszłam na śniadanie.
- Co się mówi? - zapytał tata, gdy usiadłam do stołu.
- Cześć? - odpowiedziałam pytająco.
- Jest Boże Narodzenie - przypomniał.
- Cześć z okazji Bożego Narodzenia? - zgadywałam.
- W moim domu rodzinnym zawsze się mówiło 'Na szczęście, na zdrowie z Bożym Narodzeniem' - wyjaśnił.
- Na szczęście, na zdrowie z Bożym Narodzeniem - powtórzyłam.
Kilkanaście lat wcześniej były wyjątkowe zwyczaje, ale co tradycja to tradycja - trzeba ją szanować, choć nie sądziłam, żebym tak mówiła do wszystkich spotkanych tego dnia osób.
Na obiedzie panowała bardzo miła atmosfera, jednak świąteczne dni zwykle są bardzo nudne - taki był również ten. Podobnie zapowiadał się następny - ciocia i wujek obiecali nas odwiedzić. Nie wiedziałam, kiedy spotkam się z Łukaszem. Wiadomość od niego dostałam dopiero w drugi dzień świąt. Przeprosił, że się nie odzywa i obiecał przyjechać po mnie następnego dnia i zabrać mnie do swojego mieszkania. Miałam przed tym pewne opory, ponieważ nie chciałam zakłócać rodzinnego spokoju  świątecznej atmosfery, ale Łukasz przekonywał, że moja obecność sprawi mu, jego ojcu, a przede wszystkim mamie wielką radość.
Jak się później okazało dzień spędzony w towarzystwie rodziców, cioci i wujka oraz ich sześcioletniego synka nie okazał się taki zły. Młody uczył mnie hymnu Chelsea Londyn, który poznał dzięki miłości jego ojca do tego klubu. Ciągle kazał mi go śpiewać. Odpowiadałam mu, że nie umiem, więc śpiewał sam. Chciałam nauczyć go hymnu Barcelony, ale nie był zainteresowany.
W poświąteczny dzień wstałam wcześnie, bo nerwy nie dawały mi spać. Wyobrażałam sobie mamę Łukasza jako wysoką blondynkę o długich nogach, pokręconych włosach i idealnej figurze. Mit o szablonowym wyglądzie modelek był głęboko zakorzeniony w polskiej kulturze. Według nas wszystkie wyglądają tak samo.
W rzeczywistości mama Łukasza okazała się brunetką o średniej długości włosach. Jej nogi faktycznie były długie, a figura nienaganna. Uśmiech nie schodził z jej twarzy, chociaż można było odnieść wrażenie, że różne uczucia toczą ze sobą walkę wewnątrz niej. Nie zadawała mi wielu pytań. Wytłumaczyłam sobie to tym, że nie chce, abym uznała, że jest wścibska. W rezultacie poszliśmy do Łukasza pokoju, a wieczorem wyszliśmy na spacer. Łukasz przez cały czas opowiadał o wigilii spędzonej pierwszy raz od kilku lat z obojgiem rodziców. Cieszyłam się, że moje życzenie, które złożyłam mu łamiąc się z nim opłatkiem, tak szybko się spełniło.
Kolejnego dnia wybrałam się z Blanką na zakupy. Po przejściu wszystkich sklepów i kupieniu mnóstwa niepotrzebnych rzeczy będących na wyprzedaży zadzwoniłam do Łukasza. Odezwał się z Agrykoli. Obiecałam przyjechać do niego. Rozstałam się z Blanką, wsiadłam do odpowiedniego autobusu i pojechałam na Myśliwiecką. Na miejscu byłam chwilę przed zakończeniem treningu przez mojego chłopaka. Rozkładając swoje zakupy usiadłam na schodach w korytarzu. Po chwili usłyszałam, że ktoś idzie z góry. Przesunęłam swoje torby, aby zrobić miejsce do przejścia.
- Kogo ja tu widzę? - usłyszałam za swoimi plecami. - Spotykamy się w tym samym miejscu, ale chyba dawno cię tutaj nie było.
Podniosłam się i obróciłam za siebie. Ujrzałam Kubę - kolegę Łukasza, który pocieszał mnie po moim rozstaniu z Wojtkiem.
- Kuba! - zawołałam. - Jak miło cię spotkać.
- Cieszę się, że jest ci miło, że mnie spotykasz - odpowiedział z uśmiechem.
- Rzeczywiście rzadko tutaj bywam, ponieważ zrezygnowałam ze sportu, który dotychczas uprawiałam, a zaczęłam grać w piłkę i mam mało czasu na odwiedzanie Łukasza na treningach.
- To wielka szkoda, ale mam nadzieję, że znajdziesz czas, żeby się gdzieś kiedyś spotkać.
- Oczywiście, że znajdę. Tylko zapytam Łukasza, kiedy mu odpowiada.
- Macie już plany na Sylwestra? Organizuję małą domówkę u siebie, będzie trochę znajomych z mojej szkoły, ich znajomi, wspólni znajomi. Może mielibyście ochotę do nas dołączyć?
- Szczerze przyznam, że jeszcze o tym nie myślałam.
- To zapraszam do mnie. Podam ci mój numer, żebyś mogła zadzwonić jak się zdecydujecie - zaproponował Kuba i zaczął dyktować swój numer telefonu. W tym samym momencie zobaczyłam grupę chłopaków wychodzących z sali. Wśród nich był Łukasz.
- Od razu zapytam Łukasza, czy zechce, abyśmy do ciebie przyszli - powiedziałam.
- Nie, wiesz, lepiej będzie jeśli pogadasz z nim później - odpowiedział Kuba. - Teraz jest na pewno zmęczony. Idę do szatni, do zobaczenia.
- Do zobaczenia.
Zaskoczyła mnie taka szybka reakcja Kuby na to, że chciałam zawołać Łukasza, by zapytać go, czy zechce iść do niego na Sylwestra. Może chciał zaproponować mu to sam? Nie wiedziałam co o tym myśleć, usiadłam ponownie na schodach i czekałam aż mój chłopak wyjdzie z szatni.
Po opuszczeniu Agrykoli pojechaliśmy do mieszkania Łukasza. Gdy weszliśmy do środka od progu dało się słyszeć podniesione głosy dobiegające z salonu. Łukasz westchnął, rzucił swój plecak, zdjął kurtkę, szepnął do mnie: ,,Idź do mojego pokoju", a sam udał się do salonu. Posłuchałam go, wzięłam swoje zakupy i zamknęłam się w jego pokoju. Po chwili głosy w sąsiednim pomieszczeniu uciszyły się. Było to zapewne spowodowane interwencją Łukasza, który właśnie do mnie dołączył.
- Co się stało? - zapytałam kiedy usiadł obok mnie.
- Kłócili się o coś - odpowiedział. - Nieważne.
Resztę dnia spędziliśmy nie wychodząc z Łukasza pokoju. Wieczorem odwiózł mnie do domu. Umówiliśmy się, że następnego dnia zadzwoni do mnie około południa, aby mnie zawiadomić, czy ma trening, bo nie było to pewne. Jeśli nie będzie miał treningu to mieliśmy wybrać się razem do kina.
Wstałam po 10-tej, umyłam się, ubrałam, zjadłam i od 11-tej byłam gotowa do wyjścia z domu. Łukasz jednak nie zadzwonił do 13-tej. Zaczęłam się martwić, dlatego postanowiłam napisać do niego wiadomość. Zapytałam, czy przyjedzie po mnie, czy idzie na trening. Otrzymałam krótką i niezrozumiałą odpowiedź:
Nie przyjadę i nie idę na trening. Zajmij się dzisiaj czymś innym, przepraszam
Zrozumiałam tylko tyle, że coś poważnego musiało się stać. Długo się nie zastanawiałam, ubrałam płaszcz, buty i szalik po czym wyszłam z domu. Pod drzwiami Łukasza byłam jakieś pół godziny później. Delikatnie zapukałam, jednak nikt mi nie otworzył. Nacisnęłam na dzwonek. Po chwili przy drzwiach pojawił się Łukasza tata.
- Cześć, Ola - powiedział cicho. - Wejdź do środka.
Weszłam, ale nic nie powiedziałam. Widziałam, że nie chce ze mną rozmawiać. Wyglądał jakby nie interesował go cały świat, więc jak mogłaby interesować go rozmowa ze mną, czy nawet moje ,,dzień dobry".
Udałam się do pokoju Łukasza. Drzwi były zamknięte na klamkę, którą bez słowa nacisnęłam. W pierwszej chwili po wejściu do środka nie byłam pewna, czy wewnątrz jest Łukasz. Zastałam wszechobecny bałagan. W jednym kącie były rozrzucone drobne i duże kawałki szkła, między którymi leżała jego ulubiona piłka - Jabulani - całkowicie pozbawiona powietrza. Wokół było sporo ubrań, a w przeciwnym kącie pokoju siedział Łukasz z pokaleczoną prawą ręką.
- Łukasz - podbiegłam do niego - co tutaj się stało?
Nie odpowiadał. Nieobecnymi oczami patrzył w okno.
- Co się stało, Łukasz? - powtórzyłam swoje pytanie, ale tym razem również nie doczekałam się odpowiedzi.
Sięgnęłam zrezygnowana do kieszeni i wyjęłam z niej chusteczki. Owinęłam nimi dłoń Łukasza i powiedziałam, że musi ją przemyć zimną wodą, a następnie spirytusem, bo są w niej kawałki szkła. Po tych słowach nareszcie miałam okazję usłyszeć jego głos.
- Co tam moja ręka - powiedział. - Zniszczyłem Jabulani.
Zaniemówiłam zbita z tropu. Do tej pory było dla mnie logiczne, że rozbił lampę i rozciął piłkę z jakiegoś konkretnego powodu, a w tej chwili jego słowa zabrzmiały jakby zrobił to przez przypadek i dlatego teraz cierpiał.
- Możesz mi powiedzieć, co się stało, czy dalej mam się domyślać? - rzekłam stanowczo. - Szczerze powiedziawszy to już nic nie rozumiem.
- A nie widzisz? Rozjebałem moją ulubioną piłkę, moją pamiątkę po Mundialu 2010.
Łukasz nigdy do mnie nie przeklinał, więc w tej chwili bardzo wyraźnie podkreślił powagę sytuacji.
- I dlatego płaczesz? Dobrze zapowiadający się piłkarz grający w warszawskim klubie i posiadający pełną szafę piłek płacze z powodu utraty jednej?
- Nie rozumiesz - krzyknął wstając z podłogi.
- Nie rozumiem, masz rację.
- Ona była jedyna. Najważniejsza, najpiękniejsza, wspaniała, kochałem ją, ale teraz już przestałem mieć nadzieję, że będzie tak jak kiedyś.
Słuchając mojego chłopaka czułam się jakbym trafiła do szpitala psychiatrycznego i nie miałam pojęcia, czy to ja jestem chora, czy on. Nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać. Stał właśnie przede mną prawie dorosły zapłakany chłopak, który opowiadał o piłce jako o miłości swojego życia.
W tej właśnie chwili coś jednak zrozumiałam.
On nie mówił o piłce. Nie chodziło o piłkę, gdy mówił, że przestał mieć nadzieję, że będzie tak jak kiedyś. Dopiero teraz połączyłam fakty: mina jego ojca, gdy otworzył mi drzwi, przejmująca cisza panująca w mieszkaniu, wczorajsza kłótnia jego rodziców, zniszczenie przez Łukasza najcenniejszej dla niego rzeczy.
Przytuliłam mocno Łukasza.
- Gdzie jest teraz twoja mama? - zapytałam.
- Nie wiem, wyszła gdzieś. Rozumiesz, ja myślałem, że ona wróciła na stałe, że znowu będzie tak, jak przed jej wyjazdem, że nareszcie będziemy stanowić normalną rodzinę, a ona tak po prostu powiedziała mi dzisiaj, że wyjeżdża i zaprosiła mnie do siebie na wakacje. Jak gdyby nigdy nic wyszła z mojego pokoju, a ja wtedy sięgnąłem po to co leżało najbliżej mnie, a była to Jabulani i rzuciłem nią w lampę, która od razu się stłukła. Piłka była jeszcze cała, więc podszedłem do niej, podniosłem szkło i zacząłem przyciskać je do niej. Powietrze zaczęło uciekać, z rąk zaczęła mi płynąć krew...
- Daj spokój, Łukasz - powiedziałam. - Chodź, pojedziemy do galerii i kupimy oficjalną piłkę Euro 2012. Jest już w sklepie, bo była już zaprezentowana na początku grudnia.
- Ale ja chcę tamtą - odpowiedział odwracając się ode mnie.
Czułam, że czeka mnie trudne zadanie. Teraz, kiedy już rozumiałam, że nie płacze z powodu piłki, a tylko udaje, że jego ból jest spowodowany jej zniszczeniem, musiałam znaleźć sposób w jaki mogłam go odciągnąć od myślenia o krzywdzie, jaką po raz kolejny wyrządziła mu mama.
Łukasz zachowywał się trochę jak dziecko, ale nie umiał sobie już z tym radzić. Może kiepska byłaby ze mnie psycholożka, ale pojmowałam, że opuszczenie go i jego ojca przez matkę, dla której najważniejsza była kariera, odcisnęło na nim piętno, którego nie mogłam zwalczyć. Mimo że miał wszystko, czego pragnął, brakowało mu miłości i zainteresowania ze strony matki.
- Chodź - podjęłam. - Idziemy.
- Dokąd? - podniósł głowę i popatrzył na mnie.
- Pojedziemy do galerii, kupimy piłkę, a później zjemy u mnie obiad - ułożyłam szybko plan na kilka następnych godzin.
Łukasz wstał z podłogi i poszedł do łazienki. Ja w tym czasie pozbierałam chusteczką grubsze kawałki szkła i zabrałam z nich piłkę. Nie była aż tak bardzo zniszczona. Uznałam, że dałoby się ją jeszcze jakoś ,,posklejać". Kiedy Łukasz wrócił z łazienki wyglądał już bardziej przyzwoicie - umył rękę i pozbył się zakrwawionej koszulki.
Uśmiechnęłam się do niego i powiedziałam niepewnie: ,,Wszystko będzie dobrze", chociaż sama nie znosiłam, kiedy ktoś tak do mnie mówił.
Kiedy wychodziliśmy z mieszkania Łukasza tata nawet nie zajrzał do przedpokoju, czy wychodzę ja, czy Łukasz, czy oboje. Pojechaliśmy do Galerii Mokotów, znaleźliśmy Adidasa, a w nim oficjalną piłkę Euro 2012. Po jej zakupieniu Łukasz wyglądał już lepiej niż wcześniej, ale wciąż nie udało mi się poprawić mu humoru na tyle, byśmy mogli normalnie porozmawiać. Najwidoczniej na facetów zakupy nawet najbardziej pożądanych rzeczy nie działają tak, jak na kobiety.
Gdy przyjechaliśmy do mnie zapadł już zmrok. Mama z uśmiechem otworzyła nam drzwi i zaprosiła nas do stołu. Tego dnia zauważyłam, że przekonała się do Łukasza i już nie musi starać się być dla niego miła. Zjedliśmy razem obiad, po czym postanowiliśmy rozpakować nasz dzisiejszy zakup. Tata zainteresował się nowym nabytkiem Łukasza, więc nie poszliśmy do mnie tylko zostaliśmy w salonie.
- Teraz będziesz miał najnowocześniejszy sprzęt, Łukasz - powiedział mój tata, gdy rozpakowywaliśmy piłkę. - Zazdroszczę, sam chętnie bym sobie taką kupił.
- Ty byś sobie taką kupił? - odezwała się z kuchni mama. - A po co tobie piłka? Nawet ci się nie chce raz w tygodniu iść na tenisa!
- Nie mam towarzystwa do tenisa - skontrował ojciec.
- Teraz to mnie obraziłeś! - zawołała mama, a wchodząc do pokoju dodała: Ja nie jestem dobrym towarzystwem?
- Ty grasz z koleżankami, przecież nie będę grał z wami - sprostował ojciec.
- A mógłbyś, myślę, że nie miałyby nic przeciwko temu.
- Daj spokój. Wolę grać w piłkę - odpowiedział tata na powrót spoglądając na mnie i Łukasza męczących się z rozpakowywaniem Tanga 12.
- Jakoś nigdy nie grasz - mama nie ustępowała.
- Albo ja nie mam czasu, a innym razem moi kumple nie mają czasu. Taki zapracowany ten dzisiejszy świat.
- Tak, tak, tłumacz się, tłumacz - uznała nieprzekonana mama. - Ładna ta piłka - dodała, gdy wyjęliśmy futbolówkę z pudełka.
- Wspaniała - powiedział zapatrzony tata.
- Doskonała - nareszcie odezwał się Łukasz. - Dziękuję, że mnie na nią namówiłaś - uśmiechnął się do mnie.
Poczułam gdzieś głęboko w duszy, że wygrałam. Tak niewiele, ale wywołałam dziś uśmiech na twarzy Łukasza. Najtrudniejsze było jednak przed nami, bo tego samego wieczora mój chłopak wrócił do domu, gdzie przywitały go spakowane walizki i jego matka, która oznajmiła mu, że następnego dnia ma samolot do Nowego Jorku.

27 grudnia 2013

Wigilijne niespodzianki

Wigilijny poranek powitał mnie zapachem miodu i zaparzonego maku. Przypomniał mi się wiersz z drugiej klasy podstawówki, który zaczęłam sobie cicho recytować:
,,Snuje się po domu zapach cynamonu,
gotowanych warzyw, maku co się parzy,
igliwia, wanilii, to zapach Wigilii..."
Próbowałam sobie przypomnieć następne zwrotki, ale nie było to takie proste, więc wstałam, ubrałam się i zeszłam na dół. Mama piekła właśnie makowca.
- Nareszcie wstałaś! - powiedziała na mój widok. - Zjedz coś i za chwilę jedziemy.
Szybko zrobiłam sobie kanapkę, wzięłam swoje oszczędności i ciepło ubrana wyszłam z domu. W Złotych Tarasach byłyśmy około dwunastej. W żaden inny dzień roku nie ma tam takich tłumów jak w Wigilię.
- Wszyscy kupują prezenty w ostatniej chwili - powiedziała mama.
- Tak samo jak my - skontrowałam.
- Idź do sklepów, które cię interesują i wybierz coś dla Łukasza. Ja poszukam czegoś dla taty, jednych i drugich dziadków. Po prezent dla ciebie pójdziemy razem, bo nie chcę ci kupić czegoś niepotrzebnego. Godzina czasu nam wystarczy?
- Myślę, że tak - odpowiedziałam i ruszyłam w prawo.
- Ola, poczekaj - usłyszałam głos mamy. - Prezent dla Łukasza kup za moje pieniądze.
- Ale ja sama nie niego zaoszczędziłam i naprawdę nie trzeba, abyś go opłacała.
- Proszę, kup - mama wręczyła mi niebieski banknot.
- Okej - zgodziłam się, ale przez głowę przemknęła mi myśl jak wydać rozsądnie te pieniądze.
Najpierw kupiłam piękną niebieską koszulę w kratkę. Kiedy ją ujrzałam od razu wiedziałam, że będzie moim prezentem dla Łukasza. Szybko skompletowałam również prezent dla rodziców, następnie poszłam do sportowego sklepu, w którym chciałam kupić koszulkę Asseco Resovii, której kibicem był... Wojtek.
Od dłuższego czasu zastanawiałam się, czy kupić prezent świąteczny mojemu byłemu chłopakowi. Teraz, kiedy mama dała mi pieniądze na upominek dla Łukasza, nie miałam już wątpliwości, że przeznaczę je na coś dla Wojtka. Koszulka jego ulubionego klubu wydawała się być najlepszym prezentem. Jedynym problemem było dostarczenie jej adresatowi... Wiedziałam, że Wojtek nie zechce ze mną rozmawiać przez telefon, dlatego postanowiłam nie zawiadamiać go, że się do niego wybieram.
Po zakończeniu zakupów spotkałam się z mamą w umówionym miejscu. Wybrałyśmy jeszcze prezent dla mnie, po czym wyszłyśmy ze Złotych Tarasów.
- Za te pieniądze od ciebie - zwróciłam się do mamy - kupiłam coś dla Wojtka.
- Dla Wojtka? - mama była zaskoczona.
- Tak. Chciałabym teraz do niego pojechać, więc wracaj do domu, ja postaram się wrócić do 15-tej, a później pojadę do Łukasza.
- To się nawet dobrze składa. Pojedziemy do Wojtka razem. Osobiście złożę życzenia świąteczne jego rodzicom.

Tego najbardziej nie chciałam. Zaplanowałam, że wszystko odbędzie się dyskretnie, a mama chciała zrobić z tego wielkie wydarzenie. Mimo niechęci musiałam się zgodzić, bo nie mogłam zabronić jej odwiedzenia znajomych.
Do Wojtka domu dotarłyśmy po 14-tej. Zadzwoniłyśmy domofonem, po czym jego mama otworzyła nam bramkę, a następnie drzwi. Weszłyśmy do środka. Czułam się nieswojo, żałowałam, że tutaj przyszłam.
- Napijecie się czegoś? - zapytała Wojtka mama, gdy weszłyśmy do przedpokoju.
- Nie, nie, my tylko na chwilę - wyjaśniła moja mama. - Ola ma coś dla Wojtka.
- Dla Wojtka? - powtórzyła z niedowierzaniem Wojtka mama. - Zawołam go. Wejdźcie do pokoju - zachęciła. - Wejdźcie proszę - dodała idąc w stronę pokoju Wojtka.
- Idź, usiądź i czekaj na Wojtka - szepnęła moja mama. - Ja zostanę tutaj, złożę życzenia i wyjdę. Będę czekać w samochodzie.
Poszłam do salonu. Zatrzymałam się i spojrzałam na przepięknie udekorowaną choinkę, pod którą leżały już przygotowane prezenty. Zamyśliłam się i przypomniałam sobie, ile wspaniałych chwil spędziliśmy razem w tym domu. Sięgnęłam pamięcią wstecz do okresu naszego dzieciństwa, budowania namiotów z koców, domków pod stołem i zabaw w chowanego. Usłyszałam głos Wojtka dobiegający z innej części domu. Położyłam prezent, który kupiłam pod choinką i stanęłam obok fotela. Wojtek wszedł do pokoju. Wiedział już, kto na niego czeka, dlatego nie wyglądał na zadowolonego.
- Cześć - powiedziałam. - Chciałam złożyć ci życzenia z okazji świąt.
- Nie musiałaś się fatygować - odparł. - Naprawdę nie jest to konieczne.
- Oj, Wojtek, proszę cię - mówiłam. - Nie zachowuj się tak dłużej. Wiesz, że jesteś dla mnie osobą wyjątkową, z którą tak wiele mnie łączy, ale pojawiły się również sprawy, które zaczęły nas dzielić. Wiem, że zachowałam się głupio, bo nie tak powinieneś był się dowiedzieć o moim wyborze, ale już przepadło. Jest Wigilia Bożego Narodzenia, proszę, wybacz mi to wszystko, co zrobiłam źle i podziel się ze mną opłatkiem.
Chyba ujęła go moja przemowa, bo odwrócił się i sięgnął po talerz, który stał na meblach. Podszedł z nim do mnie i powiedział:
- Dobrze, podzielmy się. Nie myśl jednak, że potrafiłbym ci to zapomnieć.
- Rozumiem - odezwałam się. - Wiem, że nie da się tak po prostu zapomnieć komuś krzywdy, jaką ta osoba nam wyrządziła, ale zawsze trzeba próbować za wszelką cenę.
- Ja już niczego nie będę robił za wszelką cenę. W tym wszystkim jest też moja wina, wiem o tym, ale...
- Ale ja nie powinnam była tak postąpić - dokończyłam za niego.
- Właśnie - potwierdził. - Miejmy to już za sobą. Życzę ci wesołych świąt i wszystkiego najlepszego w Nowym Roku. Moje życzenia są szczere i prawdziwe, nie musiałbym tego mówić, gdybym ci tak nie życzył.
- Ja życzę ci radosnych świąt, zdrowia, spełnienia marzeń, a przede wszystkim spotkania w Nowym Roku osoby lepszej ode mnie.
- Już taką spotkałem, ale dziękuję za życzenia.
Przełamaliśmy się opłatkiem. Wojtek odniósł talerzyk i chciał wyjść z pokoju. Zatrzymałam go, mówiąc:
- Zostawiłam dla ciebie prezent pod choinką.
- Po co? Ja nic dla ciebie nie mam i nie oczekiwałem niczego od ciebie.
- Chciałam, żebyś miał coś ode mnie.
- Mam aż nadto rzeczy od ciebie i związanych z tobą - odpowiedział i udał się do swojego pokoju.
Po chwili również wyszłam z salonu i poszłam ubrać płaszcz i założyć buty. Zauważyła mnie Wojtka mama.
- Ola, już idziesz? - zapytała widząc mnie w przedpokoju.
- Tak. Porozmawialiśmy już.
- Poczęstuj się chociaż pierniczkiem - powiedziała podając mi talerz pełen drobnych ciasteczek. Naraz przypomniała mi się atmosfera świąteczna panująca w ich domu, gdy zawsze przed świętami pomagałam w pieczeniu pierników.
- Dziękuję - odpowiedziałam częstując się. - Wesołych świąt! - rzekłam i wyszłam z domu.
- Wesołych świąt! - odparła mama Wojtka zamykając za mną drzwi.

Gdy przyjechałyśmy do domu zapadł już zmrok. Zostawiłam w pokoju prezenty przeznaczone dla rodziny, wzięłam tylko ten, który miałam zawieść Łukaszowi i ponownie zeszłam na dół.
- Jadę do Łukasza - powiedziałam.
- Dobrze - odpowiedziała mama. - Może zaproś go i jego tatę do nas na jutro?
- Jutro jest Boże Narodzenie. Przyjadą dziadkowie, może odwiedzi nas ciocia z wujkiem. To nieodpowiedni dzień.
- Zaproś go - powtórzyła mama.
Nie chciałam traktować zaproszenia mamy na poważnie. Ryzykowna wydawała mi się świąteczna wizyta Łukasza w moim domu. Przerwałam moje rozmyślania, ubrałam buty, płaszcz, czapkę, szalik, wzięłam prezent i wyruszyłam na Wilanów.

Z pewnością Łukasz czekał na mnie niecierpliwie, bo gdy tylko nacisnęłam na dzwonek otworzył mi drzwi. Weszłam do mieszkania, zostawiłam buty w przedpokoju i poszłam do salonu. Zobaczyłam uroczą małą choinkę i świątecznie przyozdobiony pokój.
- Przepraszam, że przyjeżdżam tak w ostatniej chwili - powiedziałam. - Może mieliście zasiadać już do stołu. Miałam z mamą bardzo dużo zajęć.
- Nic nie szkodzi - odpowiedział Łukasz. - Czekałem na ciebie. Mam dla ciebie mały prezent - odwrócił się i sięgnął po pudełko przyozdobione wielką czerwoną kokardą.
- Dziękuję - pocałowałam go w policzek i mocno uścisnęłam. - Ja również mam coś dla ciebie. Mam nadzieję, że ci się spodoba - wręczyłam mu opakowanie z koszulą.
- Prezenty od ciebie zawsze mi się podobają. Dziękuję - Łukasz przytulił mnie, położył prezent na kanapie i poszedł do kuchni. Po chwili wrócił z opłatkiem. Oczy zaszkliły mi się łzami. Nie mogłam nad tym zapanować, świąteczna atmosfera przepełniała mnie tak bardzo, że nie mogłam zatrzymać swoich uczuć tylko dla siebie.
- Nie płacz - powiedział Łukasz.
- Nie płaczę - zaczęłam się śmiać, ale to tylko spotęgowało moje łzy. - Ja tylko cieszę się, że cię mam.
- Ale nie płacz, nie dzisiaj. Życzę ci radosnych świąt spędzonych z rodziną i wszystkiego co najwspanialsze w Nowym Roku. Niech spełnią się wszystkie twoje marzenia.
- Piękne życzenia. Nic już nie mogę dodać, życzę ci tego samego. Mam nadzieję, że twoja mama wróci i następne święta będziecie mogli spędzić razem.
Łukasz posmutniał na moje słowa, więc szybko przełamaliśmy się opłatkiem.
- Szkoda, że musisz już iść - powiedział opierając się o ścianę, gdy zakładałam buty.
- Może odwiedzisz nas jutro? - zaproponowałam, mimo że wcześnie się przed tym strzegłam.
- Nie chcę zostawiać ojca samego w Boże Narodzenie - wytłumaczył.
- Ale moi rodzice zapraszają cię z ojcem. Przyjdźcie - zachęciłam.
- Zastanowimy się.
- Będę czekać na wiadomość - jeszcze raz go przytuliłam i wyszłam.

Do domu dotarłam około 17:30. Pomogłam mamie w przygotowaniu stołu, zaniosłam prezenty pod choinkę i poszłam do pokoju się przebrać.
- Twój telefon dzwonił - poinformowała mnie mama, kiedy wróciłam na dół.
Pomyślałam, że Łukasz zdecydował się odwiedzić nas w Boże Narodzenie. Sięgnęłam po torebkę i wyjęłam z niej telefon. Nie myliłam się - miałam 2 nieodebrane połączenia od Łukasza. Nacisnęłam ,,połącz" i czekałam aż Łukasz odbierze. Odezwał się po dwóch sygnałach.
- Zdecydowałeś się? - zapytałam.
- Ola, to wspaniałe. To najlepszy dzień w moim życiu! - usłyszałam.
- Co się takiego stało? - zadałam pytanie.
- Moja... Moja mama wróciła!