Do końca dnia Łukasz się nie odzywał. Następnego ranka kilka minut po godzinie 9-tej obudził mnie SMS od niego.
Przepraszam, że się nie odzywałem. Mama zrobiła mi niesamowitą niespodziankę. To była najwspanialsza wigilia w moim życiu.
Uśmiechnęłam się do telefonu, odłożyłam go na szafkę i na powrót wtuliłam głowę w poduszkę. Po chwili do pokoju weszła mama. Obwieściła, że za chwilę idziemy do kościoła, bo na obiad przyjadą dziadkowie. Chcąc uniknąć świątecznych sprzeczek posłusznie wstałam, umyłam się, ubrałam i zeszłam na śniadanie.
- Co się mówi? - zapytał tata, gdy usiadłam do stołu.
- Cześć? - odpowiedziałam pytająco.
- Jest Boże Narodzenie - przypomniał.
- Cześć z okazji Bożego Narodzenia? - zgadywałam.
- W moim domu rodzinnym zawsze się mówiło 'Na szczęście, na zdrowie z Bożym Narodzeniem' - wyjaśnił.
- Na szczęście, na zdrowie z Bożym Narodzeniem - powtórzyłam.
Kilkanaście lat wcześniej były wyjątkowe zwyczaje, ale co tradycja to tradycja - trzeba ją szanować, choć nie sądziłam, żebym tak mówiła do wszystkich spotkanych tego dnia osób.
Na obiedzie panowała bardzo miła atmosfera, jednak świąteczne dni zwykle są bardzo nudne - taki był również ten. Podobnie zapowiadał się następny - ciocia i wujek obiecali nas odwiedzić. Nie wiedziałam, kiedy spotkam się z Łukaszem. Wiadomość od niego dostałam dopiero w drugi dzień świąt. Przeprosił, że się nie odzywa i obiecał przyjechać po mnie następnego dnia i zabrać mnie do swojego mieszkania. Miałam przed tym pewne opory, ponieważ nie chciałam zakłócać rodzinnego spokoju świątecznej atmosfery, ale Łukasz przekonywał, że moja obecność sprawi mu, jego ojcu, a przede wszystkim mamie wielką radość.
Jak się później okazało dzień spędzony w towarzystwie rodziców, cioci i wujka oraz ich sześcioletniego synka nie okazał się taki zły. Młody uczył mnie hymnu Chelsea Londyn, który poznał dzięki miłości jego ojca do tego klubu. Ciągle kazał mi go śpiewać. Odpowiadałam mu, że nie umiem, więc śpiewał sam. Chciałam nauczyć go hymnu Barcelony, ale nie był zainteresowany.
W poświąteczny dzień wstałam wcześnie, bo nerwy nie dawały mi spać. Wyobrażałam sobie mamę Łukasza jako wysoką blondynkę o długich nogach, pokręconych włosach i idealnej figurze. Mit o szablonowym wyglądzie modelek był głęboko zakorzeniony w polskiej kulturze. Według nas wszystkie wyglądają tak samo.
W rzeczywistości mama Łukasza okazała się brunetką o średniej długości włosach. Jej nogi faktycznie były długie, a figura nienaganna. Uśmiech nie schodził z jej twarzy, chociaż można było odnieść wrażenie, że różne uczucia toczą ze sobą walkę wewnątrz niej. Nie zadawała mi wielu pytań. Wytłumaczyłam sobie to tym, że nie chce, abym uznała, że jest wścibska. W rezultacie poszliśmy do Łukasza pokoju, a wieczorem wyszliśmy na spacer. Łukasz przez cały czas opowiadał o wigilii spędzonej pierwszy raz od kilku lat z obojgiem rodziców. Cieszyłam się, że moje życzenie, które złożyłam mu łamiąc się z nim opłatkiem, tak szybko się spełniło.
Kolejnego dnia wybrałam się z Blanką na zakupy. Po przejściu wszystkich sklepów i kupieniu mnóstwa niepotrzebnych rzeczy będących na wyprzedaży zadzwoniłam do Łukasza. Odezwał się z Agrykoli. Obiecałam przyjechać do niego. Rozstałam się z Blanką, wsiadłam do odpowiedniego autobusu i pojechałam na Myśliwiecką. Na miejscu byłam chwilę przed zakończeniem treningu przez mojego chłopaka. Rozkładając swoje zakupy usiadłam na schodach w korytarzu. Po chwili usłyszałam, że ktoś idzie z góry. Przesunęłam swoje torby, aby zrobić miejsce do przejścia.
- Kogo ja tu widzę? - usłyszałam za swoimi plecami. - Spotykamy się w tym samym miejscu, ale chyba dawno cię tutaj nie było.
Podniosłam się i obróciłam za siebie. Ujrzałam Kubę - kolegę Łukasza, który pocieszał mnie po moim rozstaniu z Wojtkiem.
- Kuba! - zawołałam. - Jak miło cię spotkać.
- Cieszę się, że jest ci miło, że mnie spotykasz - odpowiedział z uśmiechem.
- Rzeczywiście rzadko tutaj bywam, ponieważ zrezygnowałam ze sportu, który dotychczas uprawiałam, a zaczęłam grać w piłkę i mam mało czasu na odwiedzanie Łukasza na treningach.
- To wielka szkoda, ale mam nadzieję, że znajdziesz czas, żeby się gdzieś kiedyś spotkać.
- Oczywiście, że znajdę. Tylko zapytam Łukasza, kiedy mu odpowiada.
- Macie już plany na Sylwestra? Organizuję małą domówkę u siebie, będzie trochę znajomych z mojej szkoły, ich znajomi, wspólni znajomi. Może mielibyście ochotę do nas dołączyć?
- Szczerze przyznam, że jeszcze o tym nie myślałam.
- To zapraszam do mnie. Podam ci mój numer, żebyś mogła zadzwonić jak się zdecydujecie - zaproponował Kuba i zaczął dyktować swój numer telefonu. W tym samym momencie zobaczyłam grupę chłopaków wychodzących z sali. Wśród nich był Łukasz.
- Od razu zapytam Łukasza, czy zechce, abyśmy do ciebie przyszli - powiedziałam.
- Nie, wiesz, lepiej będzie jeśli pogadasz z nim później - odpowiedział Kuba. - Teraz jest na pewno zmęczony. Idę do szatni, do zobaczenia.
- Do zobaczenia.
Zaskoczyła mnie taka szybka reakcja Kuby na to, że chciałam zawołać Łukasza, by zapytać go, czy zechce iść do niego na Sylwestra. Może chciał zaproponować mu to sam? Nie wiedziałam co o tym myśleć, usiadłam ponownie na schodach i czekałam aż mój chłopak wyjdzie z szatni.
Po opuszczeniu Agrykoli pojechaliśmy do mieszkania Łukasza. Gdy weszliśmy do środka od progu dało się słyszeć podniesione głosy dobiegające z salonu. Łukasz westchnął, rzucił swój plecak, zdjął kurtkę, szepnął do mnie: ,,Idź do mojego pokoju", a sam udał się do salonu. Posłuchałam go, wzięłam swoje zakupy i zamknęłam się w jego pokoju. Po chwili głosy w sąsiednim pomieszczeniu uciszyły się. Było to zapewne spowodowane interwencją Łukasza, który właśnie do mnie dołączył.
- Co się stało? - zapytałam kiedy usiadł obok mnie.
- Kłócili się o coś - odpowiedział. - Nieważne.
Resztę dnia spędziliśmy nie wychodząc z Łukasza pokoju. Wieczorem odwiózł mnie do domu. Umówiliśmy się, że następnego dnia zadzwoni do mnie około południa, aby mnie zawiadomić, czy ma trening, bo nie było to pewne. Jeśli nie będzie miał treningu to mieliśmy wybrać się razem do kina.
Wstałam po 10-tej, umyłam się, ubrałam, zjadłam i od 11-tej byłam gotowa do wyjścia z domu. Łukasz jednak nie zadzwonił do 13-tej. Zaczęłam się martwić, dlatego postanowiłam napisać do niego wiadomość. Zapytałam, czy przyjedzie po mnie, czy idzie na trening. Otrzymałam krótką i niezrozumiałą odpowiedź:
Nie przyjadę i nie idę na trening. Zajmij się dzisiaj czymś innym, przepraszam
Zrozumiałam tylko tyle, że coś poważnego musiało się stać. Długo się nie zastanawiałam, ubrałam płaszcz, buty i szalik po czym wyszłam z domu. Pod drzwiami Łukasza byłam jakieś pół godziny później. Delikatnie zapukałam, jednak nikt mi nie otworzył. Nacisnęłam na dzwonek. Po chwili przy drzwiach pojawił się Łukasza tata.
- Cześć, Ola - powiedział cicho. - Wejdź do środka.
Weszłam, ale nic nie powiedziałam. Widziałam, że nie chce ze mną rozmawiać. Wyglądał jakby nie interesował go cały świat, więc jak mogłaby interesować go rozmowa ze mną, czy nawet moje ,,dzień dobry".
Udałam się do pokoju Łukasza. Drzwi były zamknięte na klamkę, którą bez słowa nacisnęłam. W pierwszej chwili po wejściu do środka nie byłam pewna, czy wewnątrz jest Łukasz. Zastałam wszechobecny bałagan. W jednym kącie były rozrzucone drobne i duże kawałki szkła, między którymi leżała jego ulubiona piłka - Jabulani - całkowicie pozbawiona powietrza. Wokół było sporo ubrań, a w przeciwnym kącie pokoju siedział Łukasz z pokaleczoną prawą ręką.
- Łukasz - podbiegłam do niego - co tutaj się stało?
Nie odpowiadał. Nieobecnymi oczami patrzył w okno.
- Co się stało, Łukasz? - powtórzyłam swoje pytanie, ale tym razem również nie doczekałam się odpowiedzi.
Sięgnęłam zrezygnowana do kieszeni i wyjęłam z niej chusteczki. Owinęłam nimi dłoń Łukasza i powiedziałam, że musi ją przemyć zimną wodą, a następnie spirytusem, bo są w niej kawałki szkła. Po tych słowach nareszcie miałam okazję usłyszeć jego głos.
- Co tam moja ręka - powiedział. - Zniszczyłem Jabulani.
Zaniemówiłam zbita z tropu. Do tej pory było dla mnie logiczne, że rozbił lampę i rozciął piłkę z jakiegoś konkretnego powodu, a w tej chwili jego słowa zabrzmiały jakby zrobił to przez przypadek i dlatego teraz cierpiał.
- Możesz mi powiedzieć, co się stało, czy dalej mam się domyślać? - rzekłam stanowczo. - Szczerze powiedziawszy to już nic nie rozumiem.
- A nie widzisz? Rozjebałem moją ulubioną piłkę, moją pamiątkę po Mundialu 2010.
Łukasz nigdy do mnie nie przeklinał, więc w tej chwili bardzo wyraźnie podkreślił powagę sytuacji.
- I dlatego płaczesz? Dobrze zapowiadający się piłkarz grający w warszawskim klubie i posiadający pełną szafę piłek płacze z powodu utraty jednej?
- Nie rozumiesz - krzyknął wstając z podłogi.
- Nie rozumiem, masz rację.
- Ona była jedyna. Najważniejsza, najpiękniejsza, wspaniała, kochałem ją, ale teraz już przestałem mieć nadzieję, że będzie tak jak kiedyś.
Słuchając mojego chłopaka czułam się jakbym trafiła do szpitala psychiatrycznego i nie miałam pojęcia, czy to ja jestem chora, czy on. Nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać. Stał właśnie przede mną prawie dorosły zapłakany chłopak, który opowiadał o piłce jako o miłości swojego życia.
W tej właśnie chwili coś jednak zrozumiałam.
On nie mówił o piłce. Nie chodziło o piłkę, gdy mówił, że przestał mieć nadzieję, że będzie tak jak kiedyś. Dopiero teraz połączyłam fakty: mina jego ojca, gdy otworzył mi drzwi, przejmująca cisza panująca w mieszkaniu, wczorajsza kłótnia jego rodziców, zniszczenie przez Łukasza najcenniejszej dla niego rzeczy.
Przytuliłam mocno Łukasza.
- Gdzie jest teraz twoja mama? - zapytałam.
- Nie wiem, wyszła gdzieś. Rozumiesz, ja myślałem, że ona wróciła na stałe, że znowu będzie tak, jak przed jej wyjazdem, że nareszcie będziemy stanowić normalną rodzinę, a ona tak po prostu powiedziała mi dzisiaj, że wyjeżdża i zaprosiła mnie do siebie na wakacje. Jak gdyby nigdy nic wyszła z mojego pokoju, a ja wtedy sięgnąłem po to co leżało najbliżej mnie, a była to Jabulani i rzuciłem nią w lampę, która od razu się stłukła. Piłka była jeszcze cała, więc podszedłem do niej, podniosłem szkło i zacząłem przyciskać je do niej. Powietrze zaczęło uciekać, z rąk zaczęła mi płynąć krew...
- Daj spokój, Łukasz - powiedziałam. - Chodź, pojedziemy do galerii i kupimy oficjalną piłkę Euro 2012. Jest już w sklepie, bo była już zaprezentowana na początku grudnia.
- Ale ja chcę tamtą - odpowiedział odwracając się ode mnie.
Czułam, że czeka mnie trudne zadanie. Teraz, kiedy już rozumiałam, że nie płacze z powodu piłki, a tylko udaje, że jego ból jest spowodowany jej zniszczeniem, musiałam znaleźć sposób w jaki mogłam go odciągnąć od myślenia o krzywdzie, jaką po raz kolejny wyrządziła mu mama.
Łukasz zachowywał się trochę jak dziecko, ale nie umiał sobie już z tym radzić. Może kiepska byłaby ze mnie psycholożka, ale pojmowałam, że opuszczenie go i jego ojca przez matkę, dla której najważniejsza była kariera, odcisnęło na nim piętno, którego nie mogłam zwalczyć. Mimo że miał wszystko, czego pragnął, brakowało mu miłości i zainteresowania ze strony matki.
- Chodź - podjęłam. - Idziemy.
- Dokąd? - podniósł głowę i popatrzył na mnie.
- Pojedziemy do galerii, kupimy piłkę, a później zjemy u mnie obiad - ułożyłam szybko plan na kilka następnych godzin.
Łukasz wstał z podłogi i poszedł do łazienki. Ja w tym czasie pozbierałam chusteczką grubsze kawałki szkła i zabrałam z nich piłkę. Nie była aż tak bardzo zniszczona. Uznałam, że dałoby się ją jeszcze jakoś ,,posklejać". Kiedy Łukasz wrócił z łazienki wyglądał już bardziej przyzwoicie - umył rękę i pozbył się zakrwawionej koszulki.
Uśmiechnęłam się do niego i powiedziałam niepewnie: ,,Wszystko będzie dobrze", chociaż sama nie znosiłam, kiedy ktoś tak do mnie mówił.
Kiedy wychodziliśmy z mieszkania Łukasza tata nawet nie zajrzał do przedpokoju, czy wychodzę ja, czy Łukasz, czy oboje. Pojechaliśmy do Galerii Mokotów, znaleźliśmy Adidasa, a w nim oficjalną piłkę Euro 2012. Po jej zakupieniu Łukasz wyglądał już lepiej niż wcześniej, ale wciąż nie udało mi się poprawić mu humoru na tyle, byśmy mogli normalnie porozmawiać. Najwidoczniej na facetów zakupy nawet najbardziej pożądanych rzeczy nie działają tak, jak na kobiety.
Gdy przyjechaliśmy do mnie zapadł już zmrok. Mama z uśmiechem otworzyła nam drzwi i zaprosiła nas do stołu. Tego dnia zauważyłam, że przekonała się do Łukasza i już nie musi starać się być dla niego miła. Zjedliśmy razem obiad, po czym postanowiliśmy rozpakować nasz dzisiejszy zakup. Tata zainteresował się nowym nabytkiem Łukasza, więc nie poszliśmy do mnie tylko zostaliśmy w salonie.
- Teraz będziesz miał najnowocześniejszy sprzęt, Łukasz - powiedział mój tata, gdy rozpakowywaliśmy piłkę. - Zazdroszczę, sam chętnie bym sobie taką kupił.
- Ty byś sobie taką kupił? - odezwała się z kuchni mama. - A po co tobie piłka? Nawet ci się nie chce raz w tygodniu iść na tenisa!
- Nie mam towarzystwa do tenisa - skontrował ojciec.
- Teraz to mnie obraziłeś! - zawołała mama, a wchodząc do pokoju dodała: Ja nie jestem dobrym towarzystwem?
- Ty grasz z koleżankami, przecież nie będę grał z wami - sprostował ojciec.
- A mógłbyś, myślę, że nie miałyby nic przeciwko temu.
- Daj spokój. Wolę grać w piłkę - odpowiedział tata na powrót spoglądając na mnie i Łukasza męczących się z rozpakowywaniem Tanga 12.
- Jakoś nigdy nie grasz - mama nie ustępowała.
- Albo ja nie mam czasu, a innym razem moi kumple nie mają czasu. Taki zapracowany ten dzisiejszy świat.
- Tak, tak, tłumacz się, tłumacz - uznała nieprzekonana mama. - Ładna ta piłka - dodała, gdy wyjęliśmy futbolówkę z pudełka.
- Wspaniała - powiedział zapatrzony tata.
- Doskonała - nareszcie odezwał się Łukasz. - Dziękuję, że mnie na nią namówiłaś - uśmiechnął się do mnie.
Poczułam gdzieś głęboko w duszy, że wygrałam. Tak niewiele, ale wywołałam dziś uśmiech na twarzy Łukasza. Najtrudniejsze było jednak przed nami, bo tego samego wieczora mój chłopak wrócił do domu, gdzie przywitały go spakowane walizki i jego matka, która oznajmiła mu, że następnego dnia ma samolot do Nowego Jorku.
30 grudnia 2013
27 grudnia 2013
Wigilijne niespodzianki
Wigilijny poranek powitał mnie zapachem miodu i zaparzonego maku. Przypomniał mi się wiersz z drugiej klasy podstawówki, który zaczęłam sobie cicho recytować:
Po zakończeniu zakupów spotkałam się z mamą w umówionym miejscu. Wybrałyśmy jeszcze prezent dla mnie, po czym wyszłyśmy ze Złotych Tarasów.
- Za te pieniądze od ciebie - zwróciłam się do mamy - kupiłam coś dla Wojtka.
- Dla Wojtka? - mama była zaskoczona.
- Tak. Chciałabym teraz do niego pojechać, więc wracaj do domu, ja postaram się wrócić do 15-tej, a później pojadę do Łukasza.
- To się nawet dobrze składa. Pojedziemy do Wojtka razem. Osobiście złożę życzenia świąteczne jego rodzicom.
Tego najbardziej nie chciałam. Zaplanowałam, że wszystko odbędzie się dyskretnie, a mama chciała zrobić z tego wielkie wydarzenie. Mimo niechęci musiałam się zgodzić, bo nie mogłam zabronić jej odwiedzenia znajomych.
Do Wojtka domu dotarłyśmy po 14-tej. Zadzwoniłyśmy domofonem, po czym jego mama otworzyła nam bramkę, a następnie drzwi. Weszłyśmy do środka. Czułam się nieswojo, żałowałam, że tutaj przyszłam.
- Napijecie się czegoś? - zapytała Wojtka mama, gdy weszłyśmy do przedpokoju.
- Nie, nie, my tylko na chwilę - wyjaśniła moja mama. - Ola ma coś dla Wojtka.
- Dla Wojtka? - powtórzyła z niedowierzaniem Wojtka mama. - Zawołam go. Wejdźcie do pokoju - zachęciła. - Wejdźcie proszę - dodała idąc w stronę pokoju Wojtka.
- Idź, usiądź i czekaj na Wojtka - szepnęła moja mama. - Ja zostanę tutaj, złożę życzenia i wyjdę. Będę czekać w samochodzie.
Poszłam do salonu. Zatrzymałam się i spojrzałam na przepięknie udekorowaną choinkę, pod którą leżały już przygotowane prezenty. Zamyśliłam się i przypomniałam sobie, ile wspaniałych chwil spędziliśmy razem w tym domu. Sięgnęłam pamięcią wstecz do okresu naszego dzieciństwa, budowania namiotów z koców, domków pod stołem i zabaw w chowanego. Usłyszałam głos Wojtka dobiegający z innej części domu. Położyłam prezent, który kupiłam pod choinką i stanęłam obok fotela. Wojtek wszedł do pokoju. Wiedział już, kto na niego czeka, dlatego nie wyglądał na zadowolonego.
- Cześć - powiedziałam. - Chciałam złożyć ci życzenia z okazji świąt.
- Nie musiałaś się fatygować - odparł. - Naprawdę nie jest to konieczne.
- Oj, Wojtek, proszę cię - mówiłam. - Nie zachowuj się tak dłużej. Wiesz, że jesteś dla mnie osobą wyjątkową, z którą tak wiele mnie łączy, ale pojawiły się również sprawy, które zaczęły nas dzielić. Wiem, że zachowałam się głupio, bo nie tak powinieneś był się dowiedzieć o moim wyborze, ale już przepadło. Jest Wigilia Bożego Narodzenia, proszę, wybacz mi to wszystko, co zrobiłam źle i podziel się ze mną opłatkiem.
Chyba ujęła go moja przemowa, bo odwrócił się i sięgnął po talerz, który stał na meblach. Podszedł z nim do mnie i powiedział:
- Dobrze, podzielmy się. Nie myśl jednak, że potrafiłbym ci to zapomnieć.
- Rozumiem - odezwałam się. - Wiem, że nie da się tak po prostu zapomnieć komuś krzywdy, jaką ta osoba nam wyrządziła, ale zawsze trzeba próbować za wszelką cenę.
- Ja już niczego nie będę robił za wszelką cenę. W tym wszystkim jest też moja wina, wiem o tym, ale...
- Ale ja nie powinnam była tak postąpić - dokończyłam za niego.
- Właśnie - potwierdził. - Miejmy to już za sobą. Życzę ci wesołych świąt i wszystkiego najlepszego w Nowym Roku. Moje życzenia są szczere i prawdziwe, nie musiałbym tego mówić, gdybym ci tak nie życzył.
- Ja życzę ci radosnych świąt, zdrowia, spełnienia marzeń, a przede wszystkim spotkania w Nowym Roku osoby lepszej ode mnie.
- Już taką spotkałem, ale dziękuję za życzenia.
Przełamaliśmy się opłatkiem. Wojtek odniósł talerzyk i chciał wyjść z pokoju. Zatrzymałam go, mówiąc:
- Zostawiłam dla ciebie prezent pod choinką.
- Po co? Ja nic dla ciebie nie mam i nie oczekiwałem niczego od ciebie.
- Chciałam, żebyś miał coś ode mnie.
- Mam aż nadto rzeczy od ciebie i związanych z tobą - odpowiedział i udał się do swojego pokoju.
Po chwili również wyszłam z salonu i poszłam ubrać płaszcz i założyć buty. Zauważyła mnie Wojtka mama.
- Ola, już idziesz? - zapytała widząc mnie w przedpokoju.
- Tak. Porozmawialiśmy już.
- Poczęstuj się chociaż pierniczkiem - powiedziała podając mi talerz pełen drobnych ciasteczek. Naraz przypomniała mi się atmosfera świąteczna panująca w ich domu, gdy zawsze przed świętami pomagałam w pieczeniu pierników.
- Dziękuję - odpowiedziałam częstując się. - Wesołych świąt! - rzekłam i wyszłam z domu.
- Wesołych świąt! - odparła mama Wojtka zamykając za mną drzwi.
Gdy przyjechałyśmy do domu zapadł już zmrok. Zostawiłam w pokoju prezenty przeznaczone dla rodziny, wzięłam tylko ten, który miałam zawieść Łukaszowi i ponownie zeszłam na dół.
- Jadę do Łukasza - powiedziałam.
- Dobrze - odpowiedziała mama. - Może zaproś go i jego tatę do nas na jutro?
- Jutro jest Boże Narodzenie. Przyjadą dziadkowie, może odwiedzi nas ciocia z wujkiem. To nieodpowiedni dzień.
- Zaproś go - powtórzyła mama.
Nie chciałam traktować zaproszenia mamy na poważnie. Ryzykowna wydawała mi się świąteczna wizyta Łukasza w moim domu. Przerwałam moje rozmyślania, ubrałam buty, płaszcz, czapkę, szalik, wzięłam prezent i wyruszyłam na Wilanów.
Z pewnością Łukasz czekał na mnie niecierpliwie, bo gdy tylko nacisnęłam na dzwonek otworzył mi drzwi. Weszłam do mieszkania, zostawiłam buty w przedpokoju i poszłam do salonu. Zobaczyłam uroczą małą choinkę i świątecznie przyozdobiony pokój.
- Przepraszam, że przyjeżdżam tak w ostatniej chwili - powiedziałam. - Może mieliście zasiadać już do stołu. Miałam z mamą bardzo dużo zajęć.
- Nic nie szkodzi - odpowiedział Łukasz. - Czekałem na ciebie. Mam dla ciebie mały prezent - odwrócił się i sięgnął po pudełko przyozdobione wielką czerwoną kokardą.
- Dziękuję - pocałowałam go w policzek i mocno uścisnęłam. - Ja również mam coś dla ciebie. Mam nadzieję, że ci się spodoba - wręczyłam mu opakowanie z koszulą.
- Prezenty od ciebie zawsze mi się podobają. Dziękuję - Łukasz przytulił mnie, położył prezent na kanapie i poszedł do kuchni. Po chwili wrócił z opłatkiem. Oczy zaszkliły mi się łzami. Nie mogłam nad tym zapanować, świąteczna atmosfera przepełniała mnie tak bardzo, że nie mogłam zatrzymać swoich uczuć tylko dla siebie.
- Nie płacz - powiedział Łukasz.
- Nie płaczę - zaczęłam się śmiać, ale to tylko spotęgowało moje łzy. - Ja tylko cieszę się, że cię mam.
- Ale nie płacz, nie dzisiaj. Życzę ci radosnych świąt spędzonych z rodziną i wszystkiego co najwspanialsze w Nowym Roku. Niech spełnią się wszystkie twoje marzenia.
- Piękne życzenia. Nic już nie mogę dodać, życzę ci tego samego. Mam nadzieję, że twoja mama wróci i następne święta będziecie mogli spędzić razem.
Łukasz posmutniał na moje słowa, więc szybko przełamaliśmy się opłatkiem.
- Szkoda, że musisz już iść - powiedział opierając się o ścianę, gdy zakładałam buty.
- Może odwiedzisz nas jutro? - zaproponowałam, mimo że wcześnie się przed tym strzegłam.
- Nie chcę zostawiać ojca samego w Boże Narodzenie - wytłumaczył.
- Ale moi rodzice zapraszają cię z ojcem. Przyjdźcie - zachęciłam.
- Zastanowimy się.
- Będę czekać na wiadomość - jeszcze raz go przytuliłam i wyszłam.
Do domu dotarłam około 17:30. Pomogłam mamie w przygotowaniu stołu, zaniosłam prezenty pod choinkę i poszłam do pokoju się przebrać.
- Twój telefon dzwonił - poinformowała mnie mama, kiedy wróciłam na dół.
Pomyślałam, że Łukasz zdecydował się odwiedzić nas w Boże Narodzenie. Sięgnęłam po torebkę i wyjęłam z niej telefon. Nie myliłam się - miałam 2 nieodebrane połączenia od Łukasza. Nacisnęłam ,,połącz" i czekałam aż Łukasz odbierze. Odezwał się po dwóch sygnałach.
- Zdecydowałeś się? - zapytałam.
- Ola, to wspaniałe. To najlepszy dzień w moim życiu! - usłyszałam.
- Co się takiego stało? - zadałam pytanie.
- Moja... Moja mama wróciła!
,,Snuje się po domu zapach cynamonu,
gotowanych warzyw, maku co się parzy,
igliwia, wanilii, to zapach Wigilii..."
gotowanych warzyw, maku co się parzy,
igliwia, wanilii, to zapach Wigilii..."
Próbowałam sobie przypomnieć następne zwrotki, ale nie było to takie proste, więc wstałam, ubrałam się i zeszłam na dół. Mama piekła właśnie makowca.
- Nareszcie wstałaś! - powiedziała na mój widok. - Zjedz coś i za chwilę jedziemy.
Szybko zrobiłam sobie kanapkę, wzięłam swoje oszczędności i ciepło ubrana wyszłam z domu. W Złotych Tarasach byłyśmy około dwunastej. W żaden inny dzień roku nie ma tam takich tłumów jak w Wigilię.
- Wszyscy kupują prezenty w ostatniej chwili - powiedziała mama.
- Tak samo jak my - skontrowałam.
- Idź do sklepów, które cię interesują i wybierz coś dla Łukasza. Ja poszukam czegoś dla taty, jednych i drugich dziadków. Po prezent dla ciebie pójdziemy razem, bo nie chcę ci kupić czegoś niepotrzebnego. Godzina czasu nam wystarczy?
- Myślę, że tak - odpowiedziałam i ruszyłam w prawo.
- Nareszcie wstałaś! - powiedziała na mój widok. - Zjedz coś i za chwilę jedziemy.
Szybko zrobiłam sobie kanapkę, wzięłam swoje oszczędności i ciepło ubrana wyszłam z domu. W Złotych Tarasach byłyśmy około dwunastej. W żaden inny dzień roku nie ma tam takich tłumów jak w Wigilię.
- Wszyscy kupują prezenty w ostatniej chwili - powiedziała mama.
- Tak samo jak my - skontrowałam.
- Idź do sklepów, które cię interesują i wybierz coś dla Łukasza. Ja poszukam czegoś dla taty, jednych i drugich dziadków. Po prezent dla ciebie pójdziemy razem, bo nie chcę ci kupić czegoś niepotrzebnego. Godzina czasu nam wystarczy?
- Myślę, że tak - odpowiedziałam i ruszyłam w prawo.
- Ola, poczekaj - usłyszałam głos mamy. - Prezent dla Łukasza kup za moje pieniądze.
- Ale ja sama nie niego zaoszczędziłam i naprawdę nie trzeba, abyś go opłacała.
- Proszę, kup - mama wręczyła mi niebieski banknot.
- Okej - zgodziłam się, ale przez głowę przemknęła mi myśl jak wydać rozsądnie te pieniądze.
Najpierw kupiłam piękną niebieską koszulę w kratkę. Kiedy ją ujrzałam od razu wiedziałam, że będzie moim prezentem dla Łukasza. Szybko skompletowałam również prezent dla rodziców, następnie poszłam do sportowego sklepu, w którym chciałam kupić koszulkę Asseco Resovii, której kibicem był... Wojtek.
Od dłuższego czasu zastanawiałam się, czy kupić prezent świąteczny mojemu byłemu chłopakowi. Teraz, kiedy mama dała mi pieniądze na upominek dla Łukasza, nie miałam już wątpliwości, że przeznaczę je na coś dla Wojtka. Koszulka jego ulubionego klubu wydawała się być najlepszym prezentem. Jedynym problemem było dostarczenie jej adresatowi... Wiedziałam, że Wojtek nie zechce ze mną rozmawiać przez telefon, dlatego postanowiłam nie zawiadamiać go, że się do niego wybieram.- Ale ja sama nie niego zaoszczędziłam i naprawdę nie trzeba, abyś go opłacała.
- Proszę, kup - mama wręczyła mi niebieski banknot.
- Okej - zgodziłam się, ale przez głowę przemknęła mi myśl jak wydać rozsądnie te pieniądze.
Najpierw kupiłam piękną niebieską koszulę w kratkę. Kiedy ją ujrzałam od razu wiedziałam, że będzie moim prezentem dla Łukasza. Szybko skompletowałam również prezent dla rodziców, następnie poszłam do sportowego sklepu, w którym chciałam kupić koszulkę Asseco Resovii, której kibicem był... Wojtek.
Po zakończeniu zakupów spotkałam się z mamą w umówionym miejscu. Wybrałyśmy jeszcze prezent dla mnie, po czym wyszłyśmy ze Złotych Tarasów.
- Za te pieniądze od ciebie - zwróciłam się do mamy - kupiłam coś dla Wojtka.
- Dla Wojtka? - mama była zaskoczona.
- Tak. Chciałabym teraz do niego pojechać, więc wracaj do domu, ja postaram się wrócić do 15-tej, a później pojadę do Łukasza.
- To się nawet dobrze składa. Pojedziemy do Wojtka razem. Osobiście złożę życzenia świąteczne jego rodzicom.
Tego najbardziej nie chciałam. Zaplanowałam, że wszystko odbędzie się dyskretnie, a mama chciała zrobić z tego wielkie wydarzenie. Mimo niechęci musiałam się zgodzić, bo nie mogłam zabronić jej odwiedzenia znajomych.
Do Wojtka domu dotarłyśmy po 14-tej. Zadzwoniłyśmy domofonem, po czym jego mama otworzyła nam bramkę, a następnie drzwi. Weszłyśmy do środka. Czułam się nieswojo, żałowałam, że tutaj przyszłam.
- Napijecie się czegoś? - zapytała Wojtka mama, gdy weszłyśmy do przedpokoju.
- Nie, nie, my tylko na chwilę - wyjaśniła moja mama. - Ola ma coś dla Wojtka.
- Dla Wojtka? - powtórzyła z niedowierzaniem Wojtka mama. - Zawołam go. Wejdźcie do pokoju - zachęciła. - Wejdźcie proszę - dodała idąc w stronę pokoju Wojtka.
- Idź, usiądź i czekaj na Wojtka - szepnęła moja mama. - Ja zostanę tutaj, złożę życzenia i wyjdę. Będę czekać w samochodzie.
Poszłam do salonu. Zatrzymałam się i spojrzałam na przepięknie udekorowaną choinkę, pod którą leżały już przygotowane prezenty. Zamyśliłam się i przypomniałam sobie, ile wspaniałych chwil spędziliśmy razem w tym domu. Sięgnęłam pamięcią wstecz do okresu naszego dzieciństwa, budowania namiotów z koców, domków pod stołem i zabaw w chowanego. Usłyszałam głos Wojtka dobiegający z innej części domu. Położyłam prezent, który kupiłam pod choinką i stanęłam obok fotela. Wojtek wszedł do pokoju. Wiedział już, kto na niego czeka, dlatego nie wyglądał na zadowolonego.
- Cześć - powiedziałam. - Chciałam złożyć ci życzenia z okazji świąt.
- Nie musiałaś się fatygować - odparł. - Naprawdę nie jest to konieczne.
- Oj, Wojtek, proszę cię - mówiłam. - Nie zachowuj się tak dłużej. Wiesz, że jesteś dla mnie osobą wyjątkową, z którą tak wiele mnie łączy, ale pojawiły się również sprawy, które zaczęły nas dzielić. Wiem, że zachowałam się głupio, bo nie tak powinieneś był się dowiedzieć o moim wyborze, ale już przepadło. Jest Wigilia Bożego Narodzenia, proszę, wybacz mi to wszystko, co zrobiłam źle i podziel się ze mną opłatkiem.
Chyba ujęła go moja przemowa, bo odwrócił się i sięgnął po talerz, który stał na meblach. Podszedł z nim do mnie i powiedział:
- Dobrze, podzielmy się. Nie myśl jednak, że potrafiłbym ci to zapomnieć.
- Rozumiem - odezwałam się. - Wiem, że nie da się tak po prostu zapomnieć komuś krzywdy, jaką ta osoba nam wyrządziła, ale zawsze trzeba próbować za wszelką cenę.
- Ja już niczego nie będę robił za wszelką cenę. W tym wszystkim jest też moja wina, wiem o tym, ale...
- Ale ja nie powinnam była tak postąpić - dokończyłam za niego.
- Właśnie - potwierdził. - Miejmy to już za sobą. Życzę ci wesołych świąt i wszystkiego najlepszego w Nowym Roku. Moje życzenia są szczere i prawdziwe, nie musiałbym tego mówić, gdybym ci tak nie życzył.
- Ja życzę ci radosnych świąt, zdrowia, spełnienia marzeń, a przede wszystkim spotkania w Nowym Roku osoby lepszej ode mnie.
- Już taką spotkałem, ale dziękuję za życzenia.
Przełamaliśmy się opłatkiem. Wojtek odniósł talerzyk i chciał wyjść z pokoju. Zatrzymałam go, mówiąc:
- Zostawiłam dla ciebie prezent pod choinką.
- Po co? Ja nic dla ciebie nie mam i nie oczekiwałem niczego od ciebie.
- Chciałam, żebyś miał coś ode mnie.
- Mam aż nadto rzeczy od ciebie i związanych z tobą - odpowiedział i udał się do swojego pokoju.
Po chwili również wyszłam z salonu i poszłam ubrać płaszcz i założyć buty. Zauważyła mnie Wojtka mama.
- Ola, już idziesz? - zapytała widząc mnie w przedpokoju.
- Tak. Porozmawialiśmy już.
- Poczęstuj się chociaż pierniczkiem - powiedziała podając mi talerz pełen drobnych ciasteczek. Naraz przypomniała mi się atmosfera świąteczna panująca w ich domu, gdy zawsze przed świętami pomagałam w pieczeniu pierników.
- Dziękuję - odpowiedziałam częstując się. - Wesołych świąt! - rzekłam i wyszłam z domu.
- Wesołych świąt! - odparła mama Wojtka zamykając za mną drzwi.
Gdy przyjechałyśmy do domu zapadł już zmrok. Zostawiłam w pokoju prezenty przeznaczone dla rodziny, wzięłam tylko ten, który miałam zawieść Łukaszowi i ponownie zeszłam na dół.
- Jadę do Łukasza - powiedziałam.
- Dobrze - odpowiedziała mama. - Może zaproś go i jego tatę do nas na jutro?
- Jutro jest Boże Narodzenie. Przyjadą dziadkowie, może odwiedzi nas ciocia z wujkiem. To nieodpowiedni dzień.
- Zaproś go - powtórzyła mama.
Nie chciałam traktować zaproszenia mamy na poważnie. Ryzykowna wydawała mi się świąteczna wizyta Łukasza w moim domu. Przerwałam moje rozmyślania, ubrałam buty, płaszcz, czapkę, szalik, wzięłam prezent i wyruszyłam na Wilanów.
Z pewnością Łukasz czekał na mnie niecierpliwie, bo gdy tylko nacisnęłam na dzwonek otworzył mi drzwi. Weszłam do mieszkania, zostawiłam buty w przedpokoju i poszłam do salonu. Zobaczyłam uroczą małą choinkę i świątecznie przyozdobiony pokój.
- Przepraszam, że przyjeżdżam tak w ostatniej chwili - powiedziałam. - Może mieliście zasiadać już do stołu. Miałam z mamą bardzo dużo zajęć.
- Nic nie szkodzi - odpowiedział Łukasz. - Czekałem na ciebie. Mam dla ciebie mały prezent - odwrócił się i sięgnął po pudełko przyozdobione wielką czerwoną kokardą.
- Dziękuję - pocałowałam go w policzek i mocno uścisnęłam. - Ja również mam coś dla ciebie. Mam nadzieję, że ci się spodoba - wręczyłam mu opakowanie z koszulą.
- Prezenty od ciebie zawsze mi się podobają. Dziękuję - Łukasz przytulił mnie, położył prezent na kanapie i poszedł do kuchni. Po chwili wrócił z opłatkiem. Oczy zaszkliły mi się łzami. Nie mogłam nad tym zapanować, świąteczna atmosfera przepełniała mnie tak bardzo, że nie mogłam zatrzymać swoich uczuć tylko dla siebie.
- Nie płacz - powiedział Łukasz.
- Nie płaczę - zaczęłam się śmiać, ale to tylko spotęgowało moje łzy. - Ja tylko cieszę się, że cię mam.
- Ale nie płacz, nie dzisiaj. Życzę ci radosnych świąt spędzonych z rodziną i wszystkiego co najwspanialsze w Nowym Roku. Niech spełnią się wszystkie twoje marzenia.
- Piękne życzenia. Nic już nie mogę dodać, życzę ci tego samego. Mam nadzieję, że twoja mama wróci i następne święta będziecie mogli spędzić razem.
Łukasz posmutniał na moje słowa, więc szybko przełamaliśmy się opłatkiem.
- Szkoda, że musisz już iść - powiedział opierając się o ścianę, gdy zakładałam buty.
- Może odwiedzisz nas jutro? - zaproponowałam, mimo że wcześnie się przed tym strzegłam.
- Nie chcę zostawiać ojca samego w Boże Narodzenie - wytłumaczył.
- Ale moi rodzice zapraszają cię z ojcem. Przyjdźcie - zachęciłam.
- Zastanowimy się.
- Będę czekać na wiadomość - jeszcze raz go przytuliłam i wyszłam.
Do domu dotarłam około 17:30. Pomogłam mamie w przygotowaniu stołu, zaniosłam prezenty pod choinkę i poszłam do pokoju się przebrać.
- Twój telefon dzwonił - poinformowała mnie mama, kiedy wróciłam na dół.
Pomyślałam, że Łukasz zdecydował się odwiedzić nas w Boże Narodzenie. Sięgnęłam po torebkę i wyjęłam z niej telefon. Nie myliłam się - miałam 2 nieodebrane połączenia od Łukasza. Nacisnęłam ,,połącz" i czekałam aż Łukasz odbierze. Odezwał się po dwóch sygnałach.
- Zdecydowałeś się? - zapytałam.
- Ola, to wspaniałe. To najlepszy dzień w moim życiu! - usłyszałam.
- Co się takiego stało? - zadałam pytanie.
- Moja... Moja mama wróciła!
8 października 2013
Świąteczna atmosfera
Moja rodzina nie pogodziła się z moją decyzją. Ogromnym zaskoczeniem była
dla nich moja chęć grania w piłkę nożną. Ciągle słyszałam, że to takie brutalne
i niekobiece. Piłka nożna nie jest brutalna, jeśli zawodnicy jej taką nie
czynią... W nowym klubie szybko się zaaklimatyzowałam. Jedynym problemem, który
ciągle się pojawiał był fakt, że prawie każda z dziewczyn kibicowała innej
drużynie. Wszystkie starałyśmy się szanować kluby, które były ważne dla
poszczególnych z nas, jednak niekiedy dochodziło między nami do spięć.
Początkowo chodziłam na treningi trzy razy w tygodniu. Chciałam poznać drużynę i zasady w niej panujące. Z czasem wystarczyły mi dwa treningi na tydzień. Łukasz był ze mnie bardzo dumny. Według mnie nie miał żadnego powodu, bo jeszcze nic nie wygrałam ani nawet nie zagrałam w żadnym meczu, ale on uważał sam fakt, że gram za niesamowity.
Wydawało się, że listopad trwał o wiele dłużej niż kalendarzowe trzydzieści dni. Każdy z nich był tak krótki i zimny, że dojazdy na treningi kosztowały mnie wiele wysiłku i entuzjazmu, który czasami trudno mi było z siebie wykrzesać. Wówczas wsparcie Łukasza było dla mnie szczególnie ważne. Na szczęście listopad nie okazał się wieczny i po długim czasie brzydkiej jesieni z radością zapisałam w zeszycie na marginesie datę 1.12.2011r., która nieoczekiwanie wlała w moje serce optymizm. Jesień dobiegała już końca, do świąt pozostało naprawdę niewiele, a już za kilka dni miałam dostać prezenty mikołajkowe.
W piątek, w związku ze zbliżającym się 6 grudnia, wybrałam się z Blanką po prezent dla Łukasza. Towarzystwo kogoś, kto kibicuje Realowi Madryt średnio mi odpowiadało, zwłaszcza, że miałyśmy wybrać prezent mikołajkowy dla kibica FC Barcelony. Trzeba było jednak przyznać, że Blanka nie była jakąś bezczelną narzucającą się dziewczyną. Nawet kiedy wywyższała swój ukochany klub ponad wszystkie inne, darowałam jej to, bo nie obrażała FC Barcelony. Szczerą nienawiścią darzyła natomiast Atletico Madryt, ale potrafiłam jej to wybaczyć, choć jako kibic Barcelony oczywiście wolałam Atletico niż Real.
Nie miałam pojęcia co kupić Łukaszowi. Wybrałyśmy się do Arkadii, która już cała mieniła się tysiącami białych światełek, licząc na znalezienie czegoś, co spodoba się mojemu chłopakowi. Najpierw weszłyśmy do sklepu Nike. Oczywiście, koszulki Barcelony i Manchesteru United były dostępne, jednak te pierwsze Łukasz miał z prawie wszystkich sezonów, a Czerwonych Diabłów nie miałam ochoty mu kupować, ze względu na brak sympatii do tego klubu.
- To może w Empiku coś ci się spodoba? - zaproponowała Blanka widząc moje rozczarowanie.
- Może - odpowiedziałam i wyszłyśmy ze sklepu.
Przechodząc obok Reserved zobaczyłam piękny zimowy sweter-tunikę z golfem. W jednej chwili uznałam, że to zdecydowanie ,,must have", które musi znaleźć się w mojej szafie przed świętami. Weszłam do sklepu, przymierzyłam, zapłaciłam i zadowolona udałam się na dalsze wypatrywanie idealnego prezentu dla Łukasza.
W Empiku znalazłam kubek z herbem Dumy Katalonii, napisem: ,,FC Barcelona". Długo się nie zastanawiałam. Podeszłam do kasy i uregulowałam należność.
- Może do tego jakąś piłkę wybierz, co? - zaproponowała Blanka.
- Łukasz ma całą szafę piłek... - odpowiedziałam. - Czasami nawet zastanawiam się, po co mu ich aż tyle. Kiedyś, gdy mieliśmy iść na boisko poćwiczyć moje strzały z rzutu wolnego, Łukasz będąc w łazience poprosił mnie, żebym wyjęła z szafy piłkę. Siedziałam na podłodze, więc przesunęłam się w stronę szafy, otworzyłam rozsuwane drzwi i... spadł na mnie grad piłek.
Blanka wybuchła śmiechem.
- Ale wiesz co mnie zaskoczyło? - kontynuowałam. - Każda się czymś różniła od reszty. Jedne były tak solidnie napompowane, że aż twarde, inne natomiast nie były pompowane i używane przez kilka miesięcy. Przygnieciona do podłogi futbolówkami leżałam na parkiecie i czekałam aż Łukasz udzieli mi pomocy. Usłyszał do łazienki hałas i przybiegł do pokoju.
- Po co wyjęłaś wszystkie piłki? - zapytał rozglądając się po podłodze pokrytej skórzanymi balonami. - Wystarczy nam jedna. Ewentualnie dwie.
- Chciałam wziąć więcej, żebyś nie musiał chodzić po piłkę, kiedy wykopię ją poza boisko - odpowiedziałam obrażonym tonem.
- To jest myśl - Łukasz parsknął śmiechem. - No dobra, wstawaj - podał mi rękę.
- Po co ci cała szafa piłek? - spytałam stając na nogi.
- Zauważ, że każda jest inna - zaczął mi wyjaśniać.
- Zauważyłam, ale masz ich aż tyle po to, aby grać codziennie inną?
- Niektóre w ogóle nie służą do grania.
- A do czego? - zapytałam ze zdziwieniem.
- Do samego patrzenia na nie.
Blanka popatrzyła na mnie jak na wariatkę.
- Można kochać piłkę nożną, ale aż tak? - dopytywała. - Po co mu piłki, skoro nimi nie gra?
- Wyjaśnił mi wtedy, że większość z nich jest okolicznościowa. Jego ulubioną piłką jest Adidas Jabulani. Inne piłki, jakie wtedy na mnie spadły to futbolówki z napisem ,,España" w kolorach La Roja, czyli czerwono-żółte, ,,England" z czerwonym krzyżem na białym tle, ,,Brasil" na zielonym tle. Każda z nich przypomina mu o czymś innym.
- Wy to jesteście dziwni, od początku o tym wiedziałam - stwierdziła Blanka.
Wzruszyłam ramionami. Ponownie przechodziłyśmy obok Nike.
- Ej, Ola! - Blanka zatrzymała się nagle. - Jakie piłki - oprócz narodowych i okolicznościowych - Łukasz jeszcze ma?
- No takie zwykłe.
- A piłkę Barcelony ma? - Blanka zapytała uśmiechając się.
- Tak... Ma taką z sezonu 2009/10. Już o tym myślałam.
- Ale nie ma z sezonu 2011/12! Jeśli Łukasz tak uwielbia kolekcjonować piłki to kup mu nową. Ta będzie wyjątkowa, bo od ciebie - Blanka uśmiechnęła się szeroko.
- W sumie... To dobry pomysł. Piłka ode mnie będzie dla niego unikatowa.
Wróciłam do Nike i wybrałam oficjalną piłkę FC Barcelony na sezon 2011/12. Później udałyśmy się po papierową torbę do zapakowania prezentu.
- Ale się postarałaś - powiedziała z uznaniem Blanka, gdy opuszczałyśmy Arkadię.
- Daj spokój, nigdy wcześniej nie kupowałam nic dla Łukasza. Mam nadzieję, że mu się spodoba - wyznałam z nadzieją.
- Na pewno mu się spodoba. Chociaż...
- Co?
- Mnie się nie podoba ten prezent - powiedziała poważnie.
Przez chwilę patrzyłam na nią i zastanawiałam się o co jej chodzi. Dopiero po chwili namysłu zrozumiałam docinkę.
- Nie musi ci się podobać! Mnie też nie podobałby się biały kubek z czarnym napisem: ,,Real Madryt". Ble, ohyda.
- Ej, ej! Uważaj na słowa! - upomniała mnie Blanka.
- Ty zaczęłaś! - wyrzuciłam jej.
- Oj no. Ja tylko wyraziłam swoje zdanie. Nie każdy lubi Barcelonę.
- Nie każdy lubi Real - skontrowałam.
- I niech tak zostanie - zakończyła temat Blanka.
Kiedy dotarłam do domu było już po dwudziestej.
- Zakupy udane? - zapytał tata odrywając się od gazety.
- Tak, jak najbardziej - odparłam. - A, właśnie - kupiłam sobie taki ładny zimowy sweter... Jest taki piękny, że nie mogłam obok niego przejść obojętnie.
- Ach, wy kobiety - odpowiedział krótko.
- Chcesz zobaczyć? - zaproponowałam dumnie.
- A co mnie jakiś tam sweter obchodzi. Dobrze, że sobie kupiłaś, na pewno będziesz wyglądać w nim świetnie.
- No dzięki - odwróciłam się i ruszyłam ze swoimi zakupami w kierunku schodów.
- Ej no, gdzie to już idziesz? - zawołał za mną. - A prezentu dla Łukasza to mi nie pokażesz?
- A chcesz widzieć? - na nowo się ożywiłam i nie czekając na odpowiedź wyjęłam z torby kubek, a następnie piłkę.
- Eee no, lepiej trafić nie mogłaś. Mądrą mam córkę.
- Och, rzeczywiście - przyznałam. - Szkoda tylko, że dopiero teraz to zrozumiałeś.
- Ja zawsze o tym wiedziałem. A prezent super. Łukasz na pewno będzie zadowolony.
Trzy dni później okazało się, że rzeczywiście prezent spodobał się Łukaszowi, który również dla mnie coś miał. Otóż mój chłopak przekazał mi prezent od świętego Mikołaja, którym była poduszka z herbem FC Barcelony. Dobry gust ma ten Święty Mikołaj, nie ma co.
[Muzyka "Last Christmas"]
Ostatnie dni przed świętami mijały w wyjątkowo miłej atmosferze. Nauczyciele nie pytali, nie robili sprawdzianów ani niezapowiedzianych kartkówek. W piątek wieczorem tata przytargał do domu olbrzymiego pachnącego świerka. Święta wkroczyły do domu już na dobre. Wyjęłam z szafy bombki, światełka i łańcuchy, po czym zaczęłam zakładać je na choince. Mama w tym czasie parzyła mak potrzebny do upieczenia makowca. Tata rozwieszał dekoracje świąteczne na balkonie. Nagle usłyszeliśmy dzwonek do drzwi.
- Kto to może być? - zapytała mama.
- Otworzę! - zawołałam ochoczo i pobiegłam do przedpokoju. Przekręciłam zamek, uchyliłam drzwi i ujrzałam smutnego Łukasza.
- Co się stało? - spytałam wpuszczając go do środka.
- Chciałem z kimś pobyć... Wszędzie jest już tak świątecznie, a ja siedzę w domu sam. Tato jest jeszcze w pracy - wyjaśnił.
- To dobrze trafiłeś. Ubieram właśnie choinkę. A mama piecze ciasta, może się załapiesz - uśmiechnęłam się i poszłam do salonu. Mijając kuchnię zwróciłam się do mamy niepewnie:
- Mamo, Łukasz pomoże mi w dekorowaniu choinki.
- Zawsze radziłaś sobie z tym sama, a w tym roku jest ci potrzebna pomoc? - podchwyciła mama.
Nic nie odpowiedziałam. Już zaczynało mnie to wkurzać. Przez cały czas darzyła niechęcią Łukasza. Najpierw przyczyna tego była taka, że jej ulubionego Wojtusia, zostawiłam dla Łukasza. Później wymyśliła sobie, że chcę grać w piłkę z powodu jego piłkarskiej pasji.
Tego dnia nie miałam zamiaru przejmować się jej humorami. Łukasz wyglądał naprawdę marnie i potrzebował mojego wsparcia. Od kilku dni wspominał, jak bardzo chciałby, aby jego mama zjawiła się w domu na święta.
Łukasz zabrał się za rozmieszczanie bombek na choince. Mama włączyła w odtwarzaczu kolędy. Zrobiło się niesamowicie romantycznie i w pełni udzieliła mi się świąteczna atmosfera.
- Może byś pomógł przy dekorowaniu balkonu? - zaproponowała moja mama zwracając się do Łukasza. - Ola poradzi sobie z przyozdobieniem choinki.
- Dobrze. Chętnie pomogę - Łukasz wstał i poszedł po kurtkę, po czym wyszedł na balkon pomagać tacie.
- Mamo, bądź dla niego choć odrobinę miła. Dla niego to trudny czas. Bardzo chciałby, żeby jego mama spędzała z nim święta, jednak ona chyba nie ma zamiaru przylecieć do Warszawy.
- Gdzie ona jest? - mama zapytała z zaciekawieniem.
- Pracuje w Nowym Jorku - wytłumaczyłam.
- Jako kto? - dopytywała mama.
- Jako modelka - odpowiedziałam krótko.
- I zostawiła go z ojcem, a sama poleciała robić karierę? - mama zapytała z niedowierzaniem.
- Nie każdy jest taki jak ty - popatrzyłam na nią z uznaniem. - Dlatego proszę, nie traktuj go jak intruza.
Nie skomentowała mojej prośby tylko wstała i wróciła do kuchni, by kontynuować pracę nad plackiem.
- Jutro jadę na zakupy gwiazdkowe do Złotych Tarasów - odezwała się ponownie po chwili. - Jak chcesz to możesz jechać ze mną i wybrać coś pod choinkę dla Łukasza.
Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę. Wstałam, podeszłam do niej, przytuliłam i powiedziałam ciche: ,,dziękuję".
- No, skończyliśmy - tata zakomunikował wchodząc do mieszkania. - Gdyby nie Łukasz marzłbym tam jeszcze przynajmniej godzinę. Sprytny chłopak - poklepał Łukasza przyjacielsko po ramieniu.
- Dobrze, że już jesteście - powiedziała mama. - Zrobiłam kolację. Powinniście zjeść coś ciepłego.
- Ja powinienem już wracać do domu - odpowiedział Łukasz. - Smacznego. I wesołych świąt!
- Czekaj, Łukasz. Zjedz z nami kolację, później cię odwiozę - zadeklarowała mama.
Patrzyliśmy na nią z niedowierzaniem.
- No, już siadać do stołu, bo wszystko wystygnie! - zawołała.
Posłusznie wykonaliśmy polecenie. Po zjedzeniu kolacji poszłam z Łukaszem na
górę. Usiedliśmy na moim łóżku, wyprostowałam nogi i ułożyłam się wygodnie.
Zajęłam prawie całe łóżko. Łukasz podniósł mnie, przytrzymał i usiadł sadzając
mnie na swoich kolanach. Ponownie wyciągnęłam nogi przed siebie, a ramieniem
oparłam się o Łukasza, który nakrył mnie leżącym nieopodal kocem.
- Ale się najadłam - powiedziałam.
- Ja też - odpowiedział Łukasz. - Twoja mama świetnie gotuje.
- Wiem - uśmiechnęłam się. - Mówiłam ci, żebyś przychodził do nas częściej.
- Twoja mama nigdy nie darzyła mnie sympatią. Wręcz przeciwnie.
- Ale teraz już darzy - pocałowałam go w policzek, aby zakończyć temat. - Jutro po południu wpadnę do ciebie na chwilę.
- Dobrze, zapraszam - potwierdził swoje zaproszenie dając mi całusa w czoło. - Czyli dzisiaj jeszcze nie składamy sobie życzeń?
- Nie, jutro będziemy dzielić się opłatkiem.
- Cieszę się, że spotkam się z tobą w ten szczególny dzień.
- Łukasz, odwiozę cię już do domu, bo później mam jeszcze inną robotę w kuchni i nie będę mogła jej zostawić, a Ola sobie z nią nie poradzi - zakomunikowała moja mama wchodząc do pokoju.
- Jeśli nie sprawi pani problemu odwiezienie mnie...
- Czekam przy drzwiach - odpowiedziała krótko mama i wyszła.
- No idź - powiedziałam kopiąc go. - Chce cię odwieźć, więc nie dyskutuj.
- Dzięki.
- Mnie nie dziękuj. Osoba, której powinieneś dziękować czeka teraz na ciebie na dole.
- Idę, pa - Łukasz zniknął za drzwiami, a ja wstałam i włączyłam płytę z kolędami. Szybko znużył mnie sen, dlatego pościeliłam łóżko i poszłam się wykąpać. Kiedy mama wróciła do domu leżałam już pod kołdrą i układałam sobie w głowie plany na następny dzień. Tak wiele miałam do zrobienia, a zupełnie nie wiedziałam od czego zacząć.
Początkowo chodziłam na treningi trzy razy w tygodniu. Chciałam poznać drużynę i zasady w niej panujące. Z czasem wystarczyły mi dwa treningi na tydzień. Łukasz był ze mnie bardzo dumny. Według mnie nie miał żadnego powodu, bo jeszcze nic nie wygrałam ani nawet nie zagrałam w żadnym meczu, ale on uważał sam fakt, że gram za niesamowity.
Wydawało się, że listopad trwał o wiele dłużej niż kalendarzowe trzydzieści dni. Każdy z nich był tak krótki i zimny, że dojazdy na treningi kosztowały mnie wiele wysiłku i entuzjazmu, który czasami trudno mi było z siebie wykrzesać. Wówczas wsparcie Łukasza było dla mnie szczególnie ważne. Na szczęście listopad nie okazał się wieczny i po długim czasie brzydkiej jesieni z radością zapisałam w zeszycie na marginesie datę 1.12.2011r., która nieoczekiwanie wlała w moje serce optymizm. Jesień dobiegała już końca, do świąt pozostało naprawdę niewiele, a już za kilka dni miałam dostać prezenty mikołajkowe.
W piątek, w związku ze zbliżającym się 6 grudnia, wybrałam się z Blanką po prezent dla Łukasza. Towarzystwo kogoś, kto kibicuje Realowi Madryt średnio mi odpowiadało, zwłaszcza, że miałyśmy wybrać prezent mikołajkowy dla kibica FC Barcelony. Trzeba było jednak przyznać, że Blanka nie była jakąś bezczelną narzucającą się dziewczyną. Nawet kiedy wywyższała swój ukochany klub ponad wszystkie inne, darowałam jej to, bo nie obrażała FC Barcelony. Szczerą nienawiścią darzyła natomiast Atletico Madryt, ale potrafiłam jej to wybaczyć, choć jako kibic Barcelony oczywiście wolałam Atletico niż Real.
Nie miałam pojęcia co kupić Łukaszowi. Wybrałyśmy się do Arkadii, która już cała mieniła się tysiącami białych światełek, licząc na znalezienie czegoś, co spodoba się mojemu chłopakowi. Najpierw weszłyśmy do sklepu Nike. Oczywiście, koszulki Barcelony i Manchesteru United były dostępne, jednak te pierwsze Łukasz miał z prawie wszystkich sezonów, a Czerwonych Diabłów nie miałam ochoty mu kupować, ze względu na brak sympatii do tego klubu.
- To może w Empiku coś ci się spodoba? - zaproponowała Blanka widząc moje rozczarowanie.
- Może - odpowiedziałam i wyszłyśmy ze sklepu.
Przechodząc obok Reserved zobaczyłam piękny zimowy sweter-tunikę z golfem. W jednej chwili uznałam, że to zdecydowanie ,,must have", które musi znaleźć się w mojej szafie przed świętami. Weszłam do sklepu, przymierzyłam, zapłaciłam i zadowolona udałam się na dalsze wypatrywanie idealnego prezentu dla Łukasza.
W Empiku znalazłam kubek z herbem Dumy Katalonii, napisem: ,,FC Barcelona". Długo się nie zastanawiałam. Podeszłam do kasy i uregulowałam należność.
- Może do tego jakąś piłkę wybierz, co? - zaproponowała Blanka.
- Łukasz ma całą szafę piłek... - odpowiedziałam. - Czasami nawet zastanawiam się, po co mu ich aż tyle. Kiedyś, gdy mieliśmy iść na boisko poćwiczyć moje strzały z rzutu wolnego, Łukasz będąc w łazience poprosił mnie, żebym wyjęła z szafy piłkę. Siedziałam na podłodze, więc przesunęłam się w stronę szafy, otworzyłam rozsuwane drzwi i... spadł na mnie grad piłek.
Blanka wybuchła śmiechem.
- Ale wiesz co mnie zaskoczyło? - kontynuowałam. - Każda się czymś różniła od reszty. Jedne były tak solidnie napompowane, że aż twarde, inne natomiast nie były pompowane i używane przez kilka miesięcy. Przygnieciona do podłogi futbolówkami leżałam na parkiecie i czekałam aż Łukasz udzieli mi pomocy. Usłyszał do łazienki hałas i przybiegł do pokoju.
- Po co wyjęłaś wszystkie piłki? - zapytał rozglądając się po podłodze pokrytej skórzanymi balonami. - Wystarczy nam jedna. Ewentualnie dwie.
- Chciałam wziąć więcej, żebyś nie musiał chodzić po piłkę, kiedy wykopię ją poza boisko - odpowiedziałam obrażonym tonem.
- To jest myśl - Łukasz parsknął śmiechem. - No dobra, wstawaj - podał mi rękę.
- Po co ci cała szafa piłek? - spytałam stając na nogi.
- Zauważ, że każda jest inna - zaczął mi wyjaśniać.
- Zauważyłam, ale masz ich aż tyle po to, aby grać codziennie inną?
- Niektóre w ogóle nie służą do grania.
- A do czego? - zapytałam ze zdziwieniem.
- Do samego patrzenia na nie.
Blanka popatrzyła na mnie jak na wariatkę.
- Można kochać piłkę nożną, ale aż tak? - dopytywała. - Po co mu piłki, skoro nimi nie gra?
- Wyjaśnił mi wtedy, że większość z nich jest okolicznościowa. Jego ulubioną piłką jest Adidas Jabulani. Inne piłki, jakie wtedy na mnie spadły to futbolówki z napisem ,,España" w kolorach La Roja, czyli czerwono-żółte, ,,England" z czerwonym krzyżem na białym tle, ,,Brasil" na zielonym tle. Każda z nich przypomina mu o czymś innym.
- Wy to jesteście dziwni, od początku o tym wiedziałam - stwierdziła Blanka.
Wzruszyłam ramionami. Ponownie przechodziłyśmy obok Nike.
- Ej, Ola! - Blanka zatrzymała się nagle. - Jakie piłki - oprócz narodowych i okolicznościowych - Łukasz jeszcze ma?
- No takie zwykłe.
- A piłkę Barcelony ma? - Blanka zapytała uśmiechając się.
- Tak... Ma taką z sezonu 2009/10. Już o tym myślałam.
- Ale nie ma z sezonu 2011/12! Jeśli Łukasz tak uwielbia kolekcjonować piłki to kup mu nową. Ta będzie wyjątkowa, bo od ciebie - Blanka uśmiechnęła się szeroko.
- W sumie... To dobry pomysł. Piłka ode mnie będzie dla niego unikatowa.
Wróciłam do Nike i wybrałam oficjalną piłkę FC Barcelony na sezon 2011/12. Później udałyśmy się po papierową torbę do zapakowania prezentu.
- Ale się postarałaś - powiedziała z uznaniem Blanka, gdy opuszczałyśmy Arkadię.
- Daj spokój, nigdy wcześniej nie kupowałam nic dla Łukasza. Mam nadzieję, że mu się spodoba - wyznałam z nadzieją.
- Na pewno mu się spodoba. Chociaż...
- Co?
- Mnie się nie podoba ten prezent - powiedziała poważnie.
Przez chwilę patrzyłam na nią i zastanawiałam się o co jej chodzi. Dopiero po chwili namysłu zrozumiałam docinkę.
- Nie musi ci się podobać! Mnie też nie podobałby się biały kubek z czarnym napisem: ,,Real Madryt". Ble, ohyda.
- Ej, ej! Uważaj na słowa! - upomniała mnie Blanka.
- Ty zaczęłaś! - wyrzuciłam jej.
- Oj no. Ja tylko wyraziłam swoje zdanie. Nie każdy lubi Barcelonę.
- Nie każdy lubi Real - skontrowałam.
- I niech tak zostanie - zakończyła temat Blanka.
Kiedy dotarłam do domu było już po dwudziestej.
- Zakupy udane? - zapytał tata odrywając się od gazety.
- Tak, jak najbardziej - odparłam. - A, właśnie - kupiłam sobie taki ładny zimowy sweter... Jest taki piękny, że nie mogłam obok niego przejść obojętnie.
- Ach, wy kobiety - odpowiedział krótko.
- Chcesz zobaczyć? - zaproponowałam dumnie.
- A co mnie jakiś tam sweter obchodzi. Dobrze, że sobie kupiłaś, na pewno będziesz wyglądać w nim świetnie.
- No dzięki - odwróciłam się i ruszyłam ze swoimi zakupami w kierunku schodów.
- Ej no, gdzie to już idziesz? - zawołał za mną. - A prezentu dla Łukasza to mi nie pokażesz?
- A chcesz widzieć? - na nowo się ożywiłam i nie czekając na odpowiedź wyjęłam z torby kubek, a następnie piłkę.
- Eee no, lepiej trafić nie mogłaś. Mądrą mam córkę.
- Och, rzeczywiście - przyznałam. - Szkoda tylko, że dopiero teraz to zrozumiałeś.
- Ja zawsze o tym wiedziałem. A prezent super. Łukasz na pewno będzie zadowolony.
Trzy dni później okazało się, że rzeczywiście prezent spodobał się Łukaszowi, który również dla mnie coś miał. Otóż mój chłopak przekazał mi prezent od świętego Mikołaja, którym była poduszka z herbem FC Barcelony. Dobry gust ma ten Święty Mikołaj, nie ma co.
[Muzyka "Last Christmas"]
Ostatnie dni przed świętami mijały w wyjątkowo miłej atmosferze. Nauczyciele nie pytali, nie robili sprawdzianów ani niezapowiedzianych kartkówek. W piątek wieczorem tata przytargał do domu olbrzymiego pachnącego świerka. Święta wkroczyły do domu już na dobre. Wyjęłam z szafy bombki, światełka i łańcuchy, po czym zaczęłam zakładać je na choince. Mama w tym czasie parzyła mak potrzebny do upieczenia makowca. Tata rozwieszał dekoracje świąteczne na balkonie. Nagle usłyszeliśmy dzwonek do drzwi.
- Kto to może być? - zapytała mama.
- Otworzę! - zawołałam ochoczo i pobiegłam do przedpokoju. Przekręciłam zamek, uchyliłam drzwi i ujrzałam smutnego Łukasza.
- Co się stało? - spytałam wpuszczając go do środka.
- Chciałem z kimś pobyć... Wszędzie jest już tak świątecznie, a ja siedzę w domu sam. Tato jest jeszcze w pracy - wyjaśnił.
- To dobrze trafiłeś. Ubieram właśnie choinkę. A mama piecze ciasta, może się załapiesz - uśmiechnęłam się i poszłam do salonu. Mijając kuchnię zwróciłam się do mamy niepewnie:
- Mamo, Łukasz pomoże mi w dekorowaniu choinki.
- Zawsze radziłaś sobie z tym sama, a w tym roku jest ci potrzebna pomoc? - podchwyciła mama.
Nic nie odpowiedziałam. Już zaczynało mnie to wkurzać. Przez cały czas darzyła niechęcią Łukasza. Najpierw przyczyna tego była taka, że jej ulubionego Wojtusia, zostawiłam dla Łukasza. Później wymyśliła sobie, że chcę grać w piłkę z powodu jego piłkarskiej pasji.
Tego dnia nie miałam zamiaru przejmować się jej humorami. Łukasz wyglądał naprawdę marnie i potrzebował mojego wsparcia. Od kilku dni wspominał, jak bardzo chciałby, aby jego mama zjawiła się w domu na święta.
Łukasz zabrał się za rozmieszczanie bombek na choince. Mama włączyła w odtwarzaczu kolędy. Zrobiło się niesamowicie romantycznie i w pełni udzieliła mi się świąteczna atmosfera.
- Może byś pomógł przy dekorowaniu balkonu? - zaproponowała moja mama zwracając się do Łukasza. - Ola poradzi sobie z przyozdobieniem choinki.
- Dobrze. Chętnie pomogę - Łukasz wstał i poszedł po kurtkę, po czym wyszedł na balkon pomagać tacie.
- Mamo, bądź dla niego choć odrobinę miła. Dla niego to trudny czas. Bardzo chciałby, żeby jego mama spędzała z nim święta, jednak ona chyba nie ma zamiaru przylecieć do Warszawy.
- Gdzie ona jest? - mama zapytała z zaciekawieniem.
- Pracuje w Nowym Jorku - wytłumaczyłam.
- Jako kto? - dopytywała mama.
- Jako modelka - odpowiedziałam krótko.
- I zostawiła go z ojcem, a sama poleciała robić karierę? - mama zapytała z niedowierzaniem.
- Nie każdy jest taki jak ty - popatrzyłam na nią z uznaniem. - Dlatego proszę, nie traktuj go jak intruza.
Nie skomentowała mojej prośby tylko wstała i wróciła do kuchni, by kontynuować pracę nad plackiem.
- Jutro jadę na zakupy gwiazdkowe do Złotych Tarasów - odezwała się ponownie po chwili. - Jak chcesz to możesz jechać ze mną i wybrać coś pod choinkę dla Łukasza.
Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę. Wstałam, podeszłam do niej, przytuliłam i powiedziałam ciche: ,,dziękuję".
- No, skończyliśmy - tata zakomunikował wchodząc do mieszkania. - Gdyby nie Łukasz marzłbym tam jeszcze przynajmniej godzinę. Sprytny chłopak - poklepał Łukasza przyjacielsko po ramieniu.
- Dobrze, że już jesteście - powiedziała mama. - Zrobiłam kolację. Powinniście zjeść coś ciepłego.
- Ja powinienem już wracać do domu - odpowiedział Łukasz. - Smacznego. I wesołych świąt!
- Czekaj, Łukasz. Zjedz z nami kolację, później cię odwiozę - zadeklarowała mama.
Patrzyliśmy na nią z niedowierzaniem.
- No, już siadać do stołu, bo wszystko wystygnie! - zawołała.
Posłusznie wykonaliśmy polecenie. Po zjedzeniu kolacji poszłam z Łukaszem na
górę. Usiedliśmy na moim łóżku, wyprostowałam nogi i ułożyłam się wygodnie.
Zajęłam prawie całe łóżko. Łukasz podniósł mnie, przytrzymał i usiadł sadzając
mnie na swoich kolanach. Ponownie wyciągnęłam nogi przed siebie, a ramieniem
oparłam się o Łukasza, który nakrył mnie leżącym nieopodal kocem. - Ale się najadłam - powiedziałam.
- Ja też - odpowiedział Łukasz. - Twoja mama świetnie gotuje.
- Wiem - uśmiechnęłam się. - Mówiłam ci, żebyś przychodził do nas częściej.
- Twoja mama nigdy nie darzyła mnie sympatią. Wręcz przeciwnie.
- Ale teraz już darzy - pocałowałam go w policzek, aby zakończyć temat. - Jutro po południu wpadnę do ciebie na chwilę.
- Dobrze, zapraszam - potwierdził swoje zaproszenie dając mi całusa w czoło. - Czyli dzisiaj jeszcze nie składamy sobie życzeń?
- Nie, jutro będziemy dzielić się opłatkiem.
- Cieszę się, że spotkam się z tobą w ten szczególny dzień.
- Łukasz, odwiozę cię już do domu, bo później mam jeszcze inną robotę w kuchni i nie będę mogła jej zostawić, a Ola sobie z nią nie poradzi - zakomunikowała moja mama wchodząc do pokoju.
- Jeśli nie sprawi pani problemu odwiezienie mnie...
- Czekam przy drzwiach - odpowiedziała krótko mama i wyszła.
- No idź - powiedziałam kopiąc go. - Chce cię odwieźć, więc nie dyskutuj.
- Dzięki.
- Mnie nie dziękuj. Osoba, której powinieneś dziękować czeka teraz na ciebie na dole.
- Idę, pa - Łukasz zniknął za drzwiami, a ja wstałam i włączyłam płytę z kolędami. Szybko znużył mnie sen, dlatego pościeliłam łóżko i poszłam się wykąpać. Kiedy mama wróciła do domu leżałam już pod kołdrą i układałam sobie w głowie plany na następny dzień. Tak wiele miałam do zrobienia, a zupełnie nie wiedziałam od czego zacząć.
27 września 2013
Pożegnanie z Legią
Rozwiązywanie problemów mnie nie ominęło. Kiedy
wróciłam do domu nie chciało mi się już rozmawiać z mamą, a tym bardziej nie miałam ochoty na kłótnię. Schowałam się w pokoju i oddzieliłam świat, który był
wokół mnie od świata, który właśnie układał się w mojej głowie.
Wróciłam myślami do spektaklu, na który się wybraliśmy. Było niesamowicie. Niby fabuła oparta na podstawie dramatu Szekspira, ale o wiele ciekawszy scenariusz. Aktorzy latali na materiałach, śpiewali i tańczyli. Naprawdę oderwałam się od rzeczywistości, a było mi to bardzo potrzebne.
Sobotniego ranka nie mówiąc nikomu ani słowa wybrałam się do klubu, w którym chciałam się zapisać na treningi piłkarskie. Przyjęto mnie bardzo miło. Oczywiście padło podstawowe pytanie - czy wcześniej uprawiałam jakiś sport. Niechętnie przyznałam się do doświadczenia gimnastycznego. Trener był zaskoczony, że chcę ,,przerwać tak wspaniałe dzieło". Nie miałam jednak zamiaru wyjawiać mu przyczyn. Zaprosił mnie na zajęcia w najbliższą środę. Obiecałam, że przyjdę i opuściłam ośrodek szkoleniowy. Moim następnym celem tego dnia była sala gimnastyczna Legii. Około południa dotarłam na Łazienkowską. Na sali nie było nikogo. Zajrzałam do pomieszczeń z nią sąsiadujących. Tam także pusto. Powróciłam na salę i spojrzałam na matę oraz przedmioty, którymi na co dzień się posługiwałam. Nie było mi smutno. Nic nie czułam. Nie darzyłam ich sentymentem, nie wywoływały u mnie żadnych uczuć.
- Ola, dzisiaj nie masz treningu - usłyszałam nagle za sobą.
Odwróciłam się. Stała za mną osoba odpowiedzialna za wszystkie moje kreacje. Spędziła mnóstwo czasu na dopasowywaniu kostiumów do moich choreografii. Zawsze kiedy ćwiczyłam w nowym kostiumie po raz pierwszy obserwowała, czy jest dobrze dopasowany i czy nie krępuje moich ruchów.
- Dzień dobry - powiedziałam. - Wiem, ale chciałam porozmawiać z trenerem albo z panią...
- Coś się stało? - zapytała zaniepokojona.
- Nie, wszystko w porządku - uspokoiłam ją. - Chciałabym tylko zrezygnować z dalszych ćwiczeń i przygotowań do Olimpiady.
Pani Renata otworzyła szeroko oczy i usta. Przez chwilę nic nie mówiła. Jej zdziwiona twarz po chwili przemieniła się w zatroskaną.
- Dlaczego? Co się stało?
- Nic się nie stało. Po prostu znudziła mi się już gimnastyka - odpowiedziałam szorstko.
- Tak po prostu? Tak z dnia na dzień? - dopytywała z niedowierzaniem.
- Tak. Nic nie trwa wiecznie - odpowiedziałam szybko. Po chwili zreflektowałam się i dodałam: Poczułam, że to już nie jest dla mnie.
- To wielka szkoda, Olu. Miałaś duże szanse na medal na Igrzyska Olimpijskich. Może jeszcze zmienisz zdanie - wypowiadając to ostatnie popatrzyła na mnie błagalnie. Ja jednak byłam nie do przebłagania.
- Nie. To już postanowione.
- A kto tutaj dzisiaj ćwiczy? - usłyszałam głos dobiegający z korytarza.
- Dzień dobry - powiedziałam w kierunku mojego trenera, który właśnie wchodził na salę.
- Ola jak zawsze systematycznie ćwiczy na sali nawet w sobotę. Trochę odpoczynku ci się należy!
- Ja właśnie w tej sprawie.
- Ale co - chcesz wziąć wolne na całą zimę? - zaczął się śmiać. - To może po Olimpiadzie. Teraz nie ma czasu na takie przerwy.
- Rezygnuję z gimnastyki - powiedziałam wprost.
Trener zareagował podobnie jak pani Renata.
- Jesteś pewna? - zapytał.
- Tak. Nie chcę już ćwiczyć.
- Tak po prostu? - powtórzył pytanie, które zadała mi pani Renata zanim pojawił się na sali.
- Tak. Chciałabym bardzo panu za wszystko podziękować. Wiele dały mi te lata spędzone na sali - wyznałam. - Pani też dużo dla mnie zrobiła - zwróciłam się ponownie do pani Renaty. - Dziękuję.
Moi rozmówcy milczeli. Pani Renata wyglądała na załamaną. Za bardzo emocjonalnie do wszystkiego podchodziła. Gimnastyka artystyczna była bardziej sportem niż sztuką. Nie urodziłam się przecież z talentem atletycznym. Na wszystko zapracowałam ciężką pracą, której miałam już dość. Chciałam robić coś innego, pójść w innym kierunku.
Wyszłam z sali. Szybko opuściłam budynek, bo zaczynało mi być zwyczajnie smutno. Nie było mi szkoda tego, z czego rezygnuję. Zabolało mnie to, że właśnie przed chwilą dobrowolnie przestałam być częścią Legii Warszawa. Nieodwołalnie. Raz na zawsze.
Wróciłam myślami do spektaklu, na który się wybraliśmy. Było niesamowicie. Niby fabuła oparta na podstawie dramatu Szekspira, ale o wiele ciekawszy scenariusz. Aktorzy latali na materiałach, śpiewali i tańczyli. Naprawdę oderwałam się od rzeczywistości, a było mi to bardzo potrzebne.
Sobotniego ranka nie mówiąc nikomu ani słowa wybrałam się do klubu, w którym chciałam się zapisać na treningi piłkarskie. Przyjęto mnie bardzo miło. Oczywiście padło podstawowe pytanie - czy wcześniej uprawiałam jakiś sport. Niechętnie przyznałam się do doświadczenia gimnastycznego. Trener był zaskoczony, że chcę ,,przerwać tak wspaniałe dzieło". Nie miałam jednak zamiaru wyjawiać mu przyczyn. Zaprosił mnie na zajęcia w najbliższą środę. Obiecałam, że przyjdę i opuściłam ośrodek szkoleniowy. Moim następnym celem tego dnia była sala gimnastyczna Legii. Około południa dotarłam na Łazienkowską. Na sali nie było nikogo. Zajrzałam do pomieszczeń z nią sąsiadujących. Tam także pusto. Powróciłam na salę i spojrzałam na matę oraz przedmioty, którymi na co dzień się posługiwałam. Nie było mi smutno. Nic nie czułam. Nie darzyłam ich sentymentem, nie wywoływały u mnie żadnych uczuć.
- Ola, dzisiaj nie masz treningu - usłyszałam nagle za sobą.
Odwróciłam się. Stała za mną osoba odpowiedzialna za wszystkie moje kreacje. Spędziła mnóstwo czasu na dopasowywaniu kostiumów do moich choreografii. Zawsze kiedy ćwiczyłam w nowym kostiumie po raz pierwszy obserwowała, czy jest dobrze dopasowany i czy nie krępuje moich ruchów.
- Dzień dobry - powiedziałam. - Wiem, ale chciałam porozmawiać z trenerem albo z panią...
- Coś się stało? - zapytała zaniepokojona.
- Nie, wszystko w porządku - uspokoiłam ją. - Chciałabym tylko zrezygnować z dalszych ćwiczeń i przygotowań do Olimpiady.
Pani Renata otworzyła szeroko oczy i usta. Przez chwilę nic nie mówiła. Jej zdziwiona twarz po chwili przemieniła się w zatroskaną.
- Dlaczego? Co się stało?
- Nic się nie stało. Po prostu znudziła mi się już gimnastyka - odpowiedziałam szorstko.
- Tak po prostu? Tak z dnia na dzień? - dopytywała z niedowierzaniem.
- Tak. Nic nie trwa wiecznie - odpowiedziałam szybko. Po chwili zreflektowałam się i dodałam: Poczułam, że to już nie jest dla mnie.
- To wielka szkoda, Olu. Miałaś duże szanse na medal na Igrzyska Olimpijskich. Może jeszcze zmienisz zdanie - wypowiadając to ostatnie popatrzyła na mnie błagalnie. Ja jednak byłam nie do przebłagania.
- Nie. To już postanowione.
- A kto tutaj dzisiaj ćwiczy? - usłyszałam głos dobiegający z korytarza.
- Dzień dobry - powiedziałam w kierunku mojego trenera, który właśnie wchodził na salę.
- Ola jak zawsze systematycznie ćwiczy na sali nawet w sobotę. Trochę odpoczynku ci się należy!
- Ja właśnie w tej sprawie.
- Ale co - chcesz wziąć wolne na całą zimę? - zaczął się śmiać. - To może po Olimpiadzie. Teraz nie ma czasu na takie przerwy.
- Rezygnuję z gimnastyki - powiedziałam wprost.
Trener zareagował podobnie jak pani Renata.
- Jesteś pewna? - zapytał.
- Tak. Nie chcę już ćwiczyć.
- Tak po prostu? - powtórzył pytanie, które zadała mi pani Renata zanim pojawił się na sali.
- Tak. Chciałabym bardzo panu za wszystko podziękować. Wiele dały mi te lata spędzone na sali - wyznałam. - Pani też dużo dla mnie zrobiła - zwróciłam się ponownie do pani Renaty. - Dziękuję.
Moi rozmówcy milczeli. Pani Renata wyglądała na załamaną. Za bardzo emocjonalnie do wszystkiego podchodziła. Gimnastyka artystyczna była bardziej sportem niż sztuką. Nie urodziłam się przecież z talentem atletycznym. Na wszystko zapracowałam ciężką pracą, której miałam już dość. Chciałam robić coś innego, pójść w innym kierunku.
Wyszłam z sali. Szybko opuściłam budynek, bo zaczynało mi być zwyczajnie smutno. Nie było mi szkoda tego, z czego rezygnuję. Zabolało mnie to, że właśnie przed chwilą dobrowolnie przestałam być częścią Legii Warszawa. Nieodwołalnie. Raz na zawsze.
20 września 2013
Spektakl
Początek miesiąca, którego najbardziej nie lubię, nie był dla mnie udany. W pierwszych dniach listopada przyszło mi się zmierzyć z zawziętością mojej mamy. Wiedziałam, że chce dla mnie dobrze, ale ja potrafiłam już sama wybierać, co jest dla mnie lepsze. A przynajmniej tak mi się wydawało.
W piątek po południu umówiłam się z Łukaszem. Zadzwonił punktualnie o 16:30, że jest już na moim osiedlu. Ubrałam buty, płaszcz i wzięłam torebkę.
- Wrócę o dwudziestej! - zawołałam do mamy.
Kiedy się spotkaliśmy Łukasz pocałował mnie w policzek na powitanie.
- Stęskniłaś się? - zapytał uśmiechając się przy tym.
- Powinieneś powiedzieć mi, że tęskniłeś za mną, a nie pytasz mnie, czy ja stęskniłam się za tobą - poprawiłam go.
- Jeśli pytam, czy tęskniłaś za mną, to równoznaczne z tym, że ja tęskniłem za tobą - wyjaśnił.
- Nie, to nie jest równoznaczne.
- Kobiety, jak wy wszystko komplikujecie - Łukasz westchnął.
- Ale i tak nas kochacie - stanęłam na palcach i wspięłam się na Łukasza, by pocałować go w policzek.
- Idziemy? - zapytał łapiąc mnie za rękę. - Czy znowu czegoś zapomniałaś?
- No właśnie zastanawiam się, czy wszystko mam - odpowiedziałam zerkając do torebki.
- To lepiej sprawdź, żebyśmy nie musieli się wracać - powiedział znudzony.
- A co - podchwyciłam - nie lubisz się do mnie wracać? - zapytałam uśmiechając się zadziornie. Stanęła mi przed oczyma sytuacja z ubiegłego piątku, kiedy to mieliśmy iść do teatru Studio Buffo na musical oparty na podstawie dramatu Williama Shakespeare'a ,,Romeo i Julia", o którym było ostatnio bardzo głośno. Łukasz czekał na mnie, dlatego szybko wyszłam z domu zapominając telefonu. Postanowiłam po niego wrócić. Łukasz poszedł razem ze mną, ale finał tego był taki, że na spektakl wcale nie poszliśmy.
Mój chłopak nie odpowiedział na zadane przeze mnie pytanie tylko przyciągnął mnie do siebie aż zabrakło mi tchu w klatce piersiowej.
- Chcesz mi połamać żebra? - zapytałam.
- Jeśli miałoby to być powodem siedzenia przy twoim łóżku to...
- Egoista! - przerwałam mu. - A nie liczy się to, że mnie by to bolało, hm?
- Gdybym miał zamiar połamać ci żebra najpierw znieczuliłbym cię morfiną - powiedział zupełnie poważnie.
- Przerażasz mnie, wiesz?
- Wiem, kochanie, ale już taki mój urok - mrugnął do mnie. - To masz wszystko? Chcę w końcu pooglądać ten spektakl.
- Jesteś pewien, że nie wolisz wrócić do mojego mieszkania?
- Nie dzisiaj.
- Okej. Idziemy.
Ruszyliśmy w kierunku przystanku. Nagle przypomniałam sobie, że mama prosiła mnie, abym kupiła proszek do pieczenia, ponieważ miała zamiar następnego ranka upiec ciasto. Pomyślałam, że lepiej będzie, jeśli wstąpię do sklepu od razu, bo wracając do domu na pewno o tym zapomnę.
- Poczekaj - zatrzymałam Łukasza. - Idę tylko po proszek do pieczenia - powiedziałam i pobiegłam do sklepu.
- Mogę iść z tobą! - zawołał za mną Łukasz.
- Nie trzeba! Poradzę sobie! - odpowiedziałam.
Szybko znalazłam produkt na sklepowej półce. Musiałam jednak odstać swoje w kolejce. Nie potrafiłam powiedzieć, że kupuję tylko jeden artykuł i poprosić klientów, abym mogła skasować towar przed nimi. Stanęłam na końcu kolejki i czekałam do skutku. Po zapłaceniu za swoje zakupy schowałam je do torebki i opuściłam sklep. Łukasz stał tam, gdzie go zostawiłam. Podeszłam do niego i zakomunikowałam, że możemy już iść.
- Kupiłaś wszystko? - zapytał.
- Miałam kupić tylko proszek do pieczenia - zobaczyłam jego minę. - Tak, kupiłam - odpowiedziałam.
- Może zrezygnowałabyś z piłki nożnej? Gimnastyka artystyczna to część twojego życia. To spora część ciebie. Takich decyzji nie podejmuje się tak z dnia na dzień.
- A tobie co? Jak wchodziłam do sklepu to byłeś w innym humorze. Skąd przyszedł ci do głowy pomysł na taki temat? - zapytałam zaskoczona.
- Twoja mama rozmawiała ze mną. Poprosiła mnie, abym cię przekonał, żebyś zmieniła zdanie. Mówiła, że to przeze mnie nie chcesz już przygotowywać się do Olimpiady.
- Co? - krzyknęłam. - Jak mogła ci coś takiego powiedzieć?! Przecież to nieprawda! Sama podjęłam taką decyzję i nie ma ona żadnego związku z tobą. Kiedy z tobą rozmawiała?
- Przed chwilą. Przechodziła tędy przypadkiem.
- Przypadkiem? Łukasz, od kiedy ty jesteś taki naiwny? Na pewno obserwowała nas przez okno i specjalnie wyszła z domu, aby z tobą porozmawiać, kiedy poszłam do sklepu. Mam już tego dosyć! - odwróciłam się i pomaszerowałam w stronę bloku.
- Ej, ej, gdzie idziesz? - zawołał Łukasz łapiąc mnie za ramię.
- Muszę porozmawiać z mamą. Dłużej tak nie może być.
- Daj spokój, Ola. Nie teraz. Chodźmy, bo znów przepadnie nam spektakl - obrócił mnie i przytulił.
- Ale nie wierzysz w to, co ci powiedziała?
- W to, że przeze mnie nie chcesz ćwiczyć?
- Tak - pochyliłam głowę.
- Ja nie muszę w to wierzyć. Nie jest nawet ważne, czy to prawda. Najważniejsze jest to, czego ty chcesz. I pamiętaj - jeśli czegoś chcesz, to nie możesz z tego zrezygnować.
Westchnęłam. Tego było już zdecydowanie za dużo. Chciałam wszystkie problemy, decyzje i zmartwienia wywieść gdzieś daleko, aby więcej nie wróciły do mojego życia.
- Chcę iść na współczesną wersję "Romea i Julii" z tobą - odpowiedziałam z uśmiechnęłam na słowa Łukasza.
- No nareszcie! Widzisz, już wiesz z czego nie możesz zrezygnować - Łukasz podał mi rękę i powędrowaliśmy przed siebie przynajmniej na ten jeden wieczór zostawiając problemy i zmartwienia. Jednak miejsce, w którym je zostawiliśmy nie było odpowiednie. Tak blisko stamtąd do mojego mieszkania... Po powrocie do domu znów musiałam się z nimi zmierzyć.
W piątek po południu umówiłam się z Łukaszem. Zadzwonił punktualnie o 16:30, że jest już na moim osiedlu. Ubrałam buty, płaszcz i wzięłam torebkę.
- Wrócę o dwudziestej! - zawołałam do mamy.
Kiedy się spotkaliśmy Łukasz pocałował mnie w policzek na powitanie.
- Stęskniłaś się? - zapytał uśmiechając się przy tym.
- Powinieneś powiedzieć mi, że tęskniłeś za mną, a nie pytasz mnie, czy ja stęskniłam się za tobą - poprawiłam go.
- Jeśli pytam, czy tęskniłaś za mną, to równoznaczne z tym, że ja tęskniłem za tobą - wyjaśnił.
- Nie, to nie jest równoznaczne.
- Kobiety, jak wy wszystko komplikujecie - Łukasz westchnął.
- Ale i tak nas kochacie - stanęłam na palcach i wspięłam się na Łukasza, by pocałować go w policzek.
- Idziemy? - zapytał łapiąc mnie za rękę. - Czy znowu czegoś zapomniałaś?
- No właśnie zastanawiam się, czy wszystko mam - odpowiedziałam zerkając do torebki.
- To lepiej sprawdź, żebyśmy nie musieli się wracać - powiedział znudzony.
- A co - podchwyciłam - nie lubisz się do mnie wracać? - zapytałam uśmiechając się zadziornie. Stanęła mi przed oczyma sytuacja z ubiegłego piątku, kiedy to mieliśmy iść do teatru Studio Buffo na musical oparty na podstawie dramatu Williama Shakespeare'a ,,Romeo i Julia", o którym było ostatnio bardzo głośno. Łukasz czekał na mnie, dlatego szybko wyszłam z domu zapominając telefonu. Postanowiłam po niego wrócić. Łukasz poszedł razem ze mną, ale finał tego był taki, że na spektakl wcale nie poszliśmy.
Mój chłopak nie odpowiedział na zadane przeze mnie pytanie tylko przyciągnął mnie do siebie aż zabrakło mi tchu w klatce piersiowej.
- Chcesz mi połamać żebra? - zapytałam.
- Jeśli miałoby to być powodem siedzenia przy twoim łóżku to...
- Egoista! - przerwałam mu. - A nie liczy się to, że mnie by to bolało, hm?
- Gdybym miał zamiar połamać ci żebra najpierw znieczuliłbym cię morfiną - powiedział zupełnie poważnie.
- Przerażasz mnie, wiesz?
- Wiem, kochanie, ale już taki mój urok - mrugnął do mnie. - To masz wszystko? Chcę w końcu pooglądać ten spektakl.
- Jesteś pewien, że nie wolisz wrócić do mojego mieszkania?
- Nie dzisiaj.
- Okej. Idziemy.
Ruszyliśmy w kierunku przystanku. Nagle przypomniałam sobie, że mama prosiła mnie, abym kupiła proszek do pieczenia, ponieważ miała zamiar następnego ranka upiec ciasto. Pomyślałam, że lepiej będzie, jeśli wstąpię do sklepu od razu, bo wracając do domu na pewno o tym zapomnę.
- Poczekaj - zatrzymałam Łukasza. - Idę tylko po proszek do pieczenia - powiedziałam i pobiegłam do sklepu.
- Mogę iść z tobą! - zawołał za mną Łukasz.
- Nie trzeba! Poradzę sobie! - odpowiedziałam.
Szybko znalazłam produkt na sklepowej półce. Musiałam jednak odstać swoje w kolejce. Nie potrafiłam powiedzieć, że kupuję tylko jeden artykuł i poprosić klientów, abym mogła skasować towar przed nimi. Stanęłam na końcu kolejki i czekałam do skutku. Po zapłaceniu za swoje zakupy schowałam je do torebki i opuściłam sklep. Łukasz stał tam, gdzie go zostawiłam. Podeszłam do niego i zakomunikowałam, że możemy już iść.
- Kupiłaś wszystko? - zapytał.
- Miałam kupić tylko proszek do pieczenia - zobaczyłam jego minę. - Tak, kupiłam - odpowiedziałam.
- Może zrezygnowałabyś z piłki nożnej? Gimnastyka artystyczna to część twojego życia. To spora część ciebie. Takich decyzji nie podejmuje się tak z dnia na dzień.
- A tobie co? Jak wchodziłam do sklepu to byłeś w innym humorze. Skąd przyszedł ci do głowy pomysł na taki temat? - zapytałam zaskoczona.
- Twoja mama rozmawiała ze mną. Poprosiła mnie, abym cię przekonał, żebyś zmieniła zdanie. Mówiła, że to przeze mnie nie chcesz już przygotowywać się do Olimpiady.
- Co? - krzyknęłam. - Jak mogła ci coś takiego powiedzieć?! Przecież to nieprawda! Sama podjęłam taką decyzję i nie ma ona żadnego związku z tobą. Kiedy z tobą rozmawiała?
- Przed chwilą. Przechodziła tędy przypadkiem.
- Przypadkiem? Łukasz, od kiedy ty jesteś taki naiwny? Na pewno obserwowała nas przez okno i specjalnie wyszła z domu, aby z tobą porozmawiać, kiedy poszłam do sklepu. Mam już tego dosyć! - odwróciłam się i pomaszerowałam w stronę bloku.
- Ej, ej, gdzie idziesz? - zawołał Łukasz łapiąc mnie za ramię.
- Muszę porozmawiać z mamą. Dłużej tak nie może być.
- Daj spokój, Ola. Nie teraz. Chodźmy, bo znów przepadnie nam spektakl - obrócił mnie i przytulił.
- Ale nie wierzysz w to, co ci powiedziała?
- W to, że przeze mnie nie chcesz ćwiczyć?
- Tak - pochyliłam głowę.
- Ja nie muszę w to wierzyć. Nie jest nawet ważne, czy to prawda. Najważniejsze jest to, czego ty chcesz. I pamiętaj - jeśli czegoś chcesz, to nie możesz z tego zrezygnować.
Westchnęłam. Tego było już zdecydowanie za dużo. Chciałam wszystkie problemy, decyzje i zmartwienia wywieść gdzieś daleko, aby więcej nie wróciły do mojego życia.
- Chcę iść na współczesną wersję "Romea i Julii" z tobą - odpowiedziałam z uśmiechnęłam na słowa Łukasza.
- No nareszcie! Widzisz, już wiesz z czego nie możesz zrezygnować - Łukasz podał mi rękę i powędrowaliśmy przed siebie przynajmniej na ten jeden wieczór zostawiając problemy i zmartwienia. Jednak miejsce, w którym je zostawiliśmy nie było odpowiednie. Tak blisko stamtąd do mojego mieszkania... Po powrocie do domu znów musiałam się z nimi zmierzyć.
11 września 2013
Nowe decyzje
Po tygodniu od zachorowania moja choroba odpuściła. Nie miałam już kataru i kaszlu, gorączka już dawno przestała mnie męczyć. Nie wróciłam do szkoły do końca tygodnia, ponieważ miałam mnóstwo zaległości. W piątek zadzwoniłam do Julki i zapytałam ją, czy moja mama może przyjechać do niej po zeszyty. Zgodziła się, ale nie była rozmowna. Nie miała powodu, żeby się na mnie gniewać, więc zignorowałam jej grymasy.
Pierwszy dzień w szkole po chorobie nie był dla mnie udany. Trzy sprawdziany i dwie kartkówki były równoznaczne z tym, że czeka mnie sezon popraw. Nie można się przecież wszystkiego nauczyć na jeden dzień. Łukasz postanowił mi pomóc w zrozumieniu matematyki i fizyki. Szczególnie to drugie było dla mnie złem koniecznym, dlatego zbytnio się nie przykładałam. Dusza humanisty nie może zajmować się takimi problemami jak elektrostatyka. Do matmy miałam lepsze nastawienie, bo wiedziałam, że jeśli chcę być wykształconą osobą to muszę ją umieć choć w podstawowym zakresie.
Wojtek się do mnie uparcie nie odzywał. Codziennie mówiłam mu "cześć", ale on za każdym razem spoglądał na mnie z pogardą. Julka też była inna. Coraz częściej widywałam ją na przerwach z Wojtkiem. A to odpisywali zadanie domowe, a to rozmawiali o meczu siatkówki, którą ja nigdy się nie interesowałam, a to gdzieś razem szli. Krótko mówiąc zostali najlepszymi przyjaciółmi. Zaskakujące, jak to wszystko szybko się zmienia. Nigdy wcześniej bym nie przypuszczała, że Julia i Wojtek się zaprzyjaźnią. Odkąd ich znam, a znamy się już prawie 9 lat, nie przepadali za sobą. Owszem, tolerowali się nawzajem, ale zawsze miałam wrażenie, że robią to ze względu na mnie. Pewnego ponurego jesiennego ranka, podczas lekcji biologii przyszło mi do głowy rozwiązanie. Ułożyłam sobie w głowie wszystkie fakty w kolejności chronologicznej. Wyjazd Wojtka, moja tęsknota za nim, wspieranie mnie przez Julię, moja podróż do Stanów Zjednoczonych, poznanie Łukasza, mój powrót do Polski, zapoznanie się Julki z Łukaszem, przestroga Julii, abym nie zapominała o Wojtku... No tak! To musiało być to. Jeśli Julka i Wojtek potrafili dla mnie się nawzajem tolerować, to nie mają również problemu ze wspólną walką przeciwko mnie! Wojtek pewnie powiedział Julce o tym, jak go potraktowałam, a ona powiedziała mu, że spotykałam się z Łukaszem na wakacjach. Moi najlepsi przyjaciele zostali moimi wrogami. Z drugiej strony - Wojtek nigdy nie był mściwy, więc nie powinnam była się spodziewać odwetu, ale pod wpływem Julki mógł się zmienić.
- Ola, może ty przypomnisz nam, czy żółwie są stałocieplne, czy zmiennocieplne - z moich rozmyślań wyrwał mnie głos nauczycielki.
Popatrzyłam na Julkę, która pilnie coś notowała udając, że nie zauważa, że potrzebuję pomocy. Nauczycielka odczekała jeszcze chwilę w końcu zrezygnowana powiedziała:
- Kto przypomni Oli, czy żółwie są stałocieplne, czy zmiennocieplne?
Dobra, mogłam rozmyślać dalej. Zanim jednak wróciłam do filozofii związanej z wpływem Julki na Wojtka rzuciłam mojej koleżance z ławki gardzące spojrzenie i pomyślałam: "będziesz coś chciała". Z rozmyślań wyrwał mnie dzwonek na przerwę. Powoli się spakowałam i opuściłam klasę. Swoją drogą te moje filozofie wcale nie były takie złe. Jeśli nie dostanę się na żadne studia albo nie będę miała pracy to zostanę jakimś myślicielem czy filozofem i będę ludziom tłumaczyć zachowania innych. Całkiem niezły pomysł w obliczu kryzysu gospodarczego. Zawsze znajdą się tacy, którzy mi zapłacą, a ja im nagadam ile będę chciała i ubiorę wszystko w górnolotne słowa. Pomysł na życie już mam. Ciekawe tylko, co na to rodzice.
Na takich rozmyślaniach minęły mi wszystkie lekcje i przerwy. Na ostatniej z nich Łukasz napisał mi SMS-a, że będzie czekał na mnie obok szkoły, bo ma odwołaną ostatnią lekcję. Nie było mi to na rękę, ale nie chciałam mu tego zabronić. Kiedy po ostatniej lekcji wyszłam z Julką z klasy zadałam jej krótkie pytanie:
- Gniewasz się na mnie? Odkąd wróciłam po chorobie jesteś jakaś dziwna.
- To chyba ty jesteś dziwna, Ola - odpowiedziała. - Nigdy się tak nie zachowywałaś. Ten Łukasz całkiem zawrócił ci w głowie.
- O co ci chodzi? - zdziwiłam się.
- O co mi chodzi? - powtórzyła moje pytanie. - Zostawiłaś niczemu niewinnego Wojtka dla chłopaka, którego poznałaś przypadkiem i spotkałaś kilka razy! I to jeszcze w jaki sposób go zostawiłaś. Wiesz, nie spodziewałam się tego po tobie.
Aha, czyli jednak miałam rację. Kariera filozofa gwarantowana. Julka była zła za Wojtka. Nikt mnie w tej sytuacji nie rozumiał. No, może jedyną osobą, która mnie nie obwiniała był tata. Chociaż nie - on w ogóle nie traktował tego wszystkiego na poważnie. Nic nie odpowiedziałam na wywód Julki, szybko zmieniłam buty, założyłam kurtkę i wyszłam ze szkoły. Rozglądnęłam się wpierw w prawo, a następnie w lewo i dostrzegłam w oddali Łukasza. Szedł w moją stronę. Ruszyłam w jego kierunku i spotkaliśmy się w połowie drogi. Przytulił mnie, chciał mnie pocałować, ale uniknęłam tego z powodu Wojtka, który za chwilę miał wyjść ze szkoły.
- Chodź - powiedziałam i złapałam go za rękę.
- Dokąd się tak śpieszysz? - zapytał Łukasz.
- Nie chcę tu stać - odpowiedziałam stanowczo.
W tej właśnie chwili ujrzałam Wojtka opuszczającego szkołę w towarzystwie Julii. Mimowolnie zatrzymałam się, co nie umknęło uwadze Łukasza. Powiódł wzrokiem w tę samą stronę, gdzie spoglądałam ja. Zauważyłam jak Julka delikatnie się uśmiecha. Szarpnęłam Łukasza za rękaw. Ruszył się w końcu z miejsca, ale nie spuszczał Wojtka z oczu.
- Łukasz, chodź, nie torturujmy się wszyscy nawzajem - powiedziałam błagalnie.
Pojechaliśmy do mnie. Łukasz został ze mną do 18-tej. Później wzięłam się za zadanie z chemii, które do łatwych nie należało. Na dodatek od kilku dni nie dawała mi spokoju jeszcze jedna myśl. Otóż zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinnam przestać przygotowywać się na Igrzyska Olimpijskie. Gimnastyka artystyczna coraz mniej mi się podobała. Nie chciałam już poświęcać jej tyle czasu, co kiedyś, nie byłam już tak kreatywna, a ćwiczenie nie sprawiało mi tej samej radości co wcześniej. Czułam jednak, że nie jestem jeszcze gotowa na podjęcie decyzji.
Zastanawiałam się do końca października. W ostatnich dniach miesiąca byłam już pewna. Wiedziałam, że najgorzej będzie mi wytłumaczyć moją decyzję mamie. W końcu zdobyłam się na odwagę i wypaliłam przy obiedzie:
- Rezygnuję z gimnastyki.
- Co? Co to znaczy? - zapytała mama ze zdziwieniem.
- Nie chcę już ćwiczyć. Znudził mi się ten sport.
- O czym ty mówisz, dziecko? Przecież za niewiele ponad pół roku jest Olimpiada! Przygotowywałaś się do niej 7 lat!
- Ale nie chcę brać w niej udziału - odpowiedziałam.
- To było twoje marzenie dzieciństwa! - mama zaczęła krzyczeć.
- Ale moje marzenia dzieciństwa już dawno minęły. Od dawna już nie chcę być księżniczką, mieszkać w zamku i za męża mieć księcia na białym koniu. Czas również zakończyć walkę o marzenia z dzieciństwa, które jeszcze pozostały.
- Jacek, powiedz coś, bo mi brak słów - mama szturchnęła tatę.
- Ee, więc... No Olu, wiesz... Według mnie powinnaś się nad tym zastanowić - wydukał.
- Ja się już zastanowiłam i podjęłam taką decyzję. Dziękuję za obiad - powiedziałam wstając od stołu.
- Siadaj! - krzyknęła mama.
- Nie mam ochoty z wami jeść. Nie potraficie uszanować moich pragnień.
- To ten Łukasz tak cię zmienił, tak? Kazał ci zrezygnować z gimnastyki. Nie podoba mu się?
- Co? O czym ty mówisz? - wykrzyczałam.
- Będziesz ćwiczyć i pojedziesz na Olimpiadę. Skończyłam temat.
- Nie będę ćwiczyć i nie pojadę! Nie zmusisz mnie do tego! Zależy ci tylko na tym, abym spełniała marzenia, których ty nie mogłaś spełnić w moim wieku. Ale twoje marzenia nie są moimi marzeniami, wybacz - wzięłam kurtkę i wyszłam z domu. Było mi bardzo źle, ale uważałam moją decyzję za słuszną. W końcu kto może wiedzieć co czuję lepiej ode mnie?
Pojechałam do Łukasza. Potrzebowałam rozmowy z nim; jego obecności. Mama stanowczo przesadziła obwiniając Łukasza o moją decyzję. Tata na pewno był innego zdania, ale nie chciał ,,dolewać benzyny do ognia".
Opowiedziałam o całym zajściu Łukaszowi. On również nie mógł zrozumieć mojej decyzji.
- I co teraz będziesz robić? - zapytał. - Przecież gimnastyka była całym twoim życiem.
- Moje życie się zmieniło, Łukasz. Chcę się odciąć od wszystkiego, co było kiedyś.
- Coś czuję, że chcesz się ukarać za krzywdę Wojtka, zgadłem?
- Łukasz, daj spokój. Nie zgaduj przyczyny.
- Okej, jak wolisz. A odpowiesz na moje pytanie?
- Co teraz będę robić? - zapytałam.
- Tak - potwierdził.
- Chciałabym zacząć grać w piłkę - wyznałam.
- W piłkę? Dlaczego akurat ten sport chcesz wybrać? Jest tyle bardziej kobiecych sportów.
- Kocham piłkę i nie chcę być tylko widzem na meczach i przed telewizorem. Nie jest fajnie być biernym kibicem.
- Okej, pani piłkarko. Nie mam nic przeciwko. Swoją drogą zapowiada się niesamowicie fajnie. Bo co może być lepszego od uczenia swojej dziewczyny gry w piłkę nożną - uśmiechnął się i mocno mnie przytulił, a ja poczułam - pierwszy raz od kilku miesięcy - że zrobiłam coś, czym w konsekwencji nikogo nie skrzywdzę i sama nie będę musiała przez to cierpieć.
Pierwszy dzień w szkole po chorobie nie był dla mnie udany. Trzy sprawdziany i dwie kartkówki były równoznaczne z tym, że czeka mnie sezon popraw. Nie można się przecież wszystkiego nauczyć na jeden dzień. Łukasz postanowił mi pomóc w zrozumieniu matematyki i fizyki. Szczególnie to drugie było dla mnie złem koniecznym, dlatego zbytnio się nie przykładałam. Dusza humanisty nie może zajmować się takimi problemami jak elektrostatyka. Do matmy miałam lepsze nastawienie, bo wiedziałam, że jeśli chcę być wykształconą osobą to muszę ją umieć choć w podstawowym zakresie.
Wojtek się do mnie uparcie nie odzywał. Codziennie mówiłam mu "cześć", ale on za każdym razem spoglądał na mnie z pogardą. Julka też była inna. Coraz częściej widywałam ją na przerwach z Wojtkiem. A to odpisywali zadanie domowe, a to rozmawiali o meczu siatkówki, którą ja nigdy się nie interesowałam, a to gdzieś razem szli. Krótko mówiąc zostali najlepszymi przyjaciółmi. Zaskakujące, jak to wszystko szybko się zmienia. Nigdy wcześniej bym nie przypuszczała, że Julia i Wojtek się zaprzyjaźnią. Odkąd ich znam, a znamy się już prawie 9 lat, nie przepadali za sobą. Owszem, tolerowali się nawzajem, ale zawsze miałam wrażenie, że robią to ze względu na mnie. Pewnego ponurego jesiennego ranka, podczas lekcji biologii przyszło mi do głowy rozwiązanie. Ułożyłam sobie w głowie wszystkie fakty w kolejności chronologicznej. Wyjazd Wojtka, moja tęsknota za nim, wspieranie mnie przez Julię, moja podróż do Stanów Zjednoczonych, poznanie Łukasza, mój powrót do Polski, zapoznanie się Julki z Łukaszem, przestroga Julii, abym nie zapominała o Wojtku... No tak! To musiało być to. Jeśli Julka i Wojtek potrafili dla mnie się nawzajem tolerować, to nie mają również problemu ze wspólną walką przeciwko mnie! Wojtek pewnie powiedział Julce o tym, jak go potraktowałam, a ona powiedziała mu, że spotykałam się z Łukaszem na wakacjach. Moi najlepsi przyjaciele zostali moimi wrogami. Z drugiej strony - Wojtek nigdy nie był mściwy, więc nie powinnam była się spodziewać odwetu, ale pod wpływem Julki mógł się zmienić.
- Ola, może ty przypomnisz nam, czy żółwie są stałocieplne, czy zmiennocieplne - z moich rozmyślań wyrwał mnie głos nauczycielki.
Popatrzyłam na Julkę, która pilnie coś notowała udając, że nie zauważa, że potrzebuję pomocy. Nauczycielka odczekała jeszcze chwilę w końcu zrezygnowana powiedziała:
- Kto przypomni Oli, czy żółwie są stałocieplne, czy zmiennocieplne?
Dobra, mogłam rozmyślać dalej. Zanim jednak wróciłam do filozofii związanej z wpływem Julki na Wojtka rzuciłam mojej koleżance z ławki gardzące spojrzenie i pomyślałam: "będziesz coś chciała". Z rozmyślań wyrwał mnie dzwonek na przerwę. Powoli się spakowałam i opuściłam klasę. Swoją drogą te moje filozofie wcale nie były takie złe. Jeśli nie dostanę się na żadne studia albo nie będę miała pracy to zostanę jakimś myślicielem czy filozofem i będę ludziom tłumaczyć zachowania innych. Całkiem niezły pomysł w obliczu kryzysu gospodarczego. Zawsze znajdą się tacy, którzy mi zapłacą, a ja im nagadam ile będę chciała i ubiorę wszystko w górnolotne słowa. Pomysł na życie już mam. Ciekawe tylko, co na to rodzice.
Na takich rozmyślaniach minęły mi wszystkie lekcje i przerwy. Na ostatniej z nich Łukasz napisał mi SMS-a, że będzie czekał na mnie obok szkoły, bo ma odwołaną ostatnią lekcję. Nie było mi to na rękę, ale nie chciałam mu tego zabronić. Kiedy po ostatniej lekcji wyszłam z Julką z klasy zadałam jej krótkie pytanie:
- Gniewasz się na mnie? Odkąd wróciłam po chorobie jesteś jakaś dziwna.
- To chyba ty jesteś dziwna, Ola - odpowiedziała. - Nigdy się tak nie zachowywałaś. Ten Łukasz całkiem zawrócił ci w głowie.
- O co ci chodzi? - zdziwiłam się.
- O co mi chodzi? - powtórzyła moje pytanie. - Zostawiłaś niczemu niewinnego Wojtka dla chłopaka, którego poznałaś przypadkiem i spotkałaś kilka razy! I to jeszcze w jaki sposób go zostawiłaś. Wiesz, nie spodziewałam się tego po tobie.
Aha, czyli jednak miałam rację. Kariera filozofa gwarantowana. Julka była zła za Wojtka. Nikt mnie w tej sytuacji nie rozumiał. No, może jedyną osobą, która mnie nie obwiniała był tata. Chociaż nie - on w ogóle nie traktował tego wszystkiego na poważnie. Nic nie odpowiedziałam na wywód Julki, szybko zmieniłam buty, założyłam kurtkę i wyszłam ze szkoły. Rozglądnęłam się wpierw w prawo, a następnie w lewo i dostrzegłam w oddali Łukasza. Szedł w moją stronę. Ruszyłam w jego kierunku i spotkaliśmy się w połowie drogi. Przytulił mnie, chciał mnie pocałować, ale uniknęłam tego z powodu Wojtka, który za chwilę miał wyjść ze szkoły.
- Chodź - powiedziałam i złapałam go za rękę.
- Dokąd się tak śpieszysz? - zapytał Łukasz.
- Nie chcę tu stać - odpowiedziałam stanowczo.
W tej właśnie chwili ujrzałam Wojtka opuszczającego szkołę w towarzystwie Julii. Mimowolnie zatrzymałam się, co nie umknęło uwadze Łukasza. Powiódł wzrokiem w tę samą stronę, gdzie spoglądałam ja. Zauważyłam jak Julka delikatnie się uśmiecha. Szarpnęłam Łukasza za rękaw. Ruszył się w końcu z miejsca, ale nie spuszczał Wojtka z oczu.
- Łukasz, chodź, nie torturujmy się wszyscy nawzajem - powiedziałam błagalnie.
Pojechaliśmy do mnie. Łukasz został ze mną do 18-tej. Później wzięłam się za zadanie z chemii, które do łatwych nie należało. Na dodatek od kilku dni nie dawała mi spokoju jeszcze jedna myśl. Otóż zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinnam przestać przygotowywać się na Igrzyska Olimpijskie. Gimnastyka artystyczna coraz mniej mi się podobała. Nie chciałam już poświęcać jej tyle czasu, co kiedyś, nie byłam już tak kreatywna, a ćwiczenie nie sprawiało mi tej samej radości co wcześniej. Czułam jednak, że nie jestem jeszcze gotowa na podjęcie decyzji.
Zastanawiałam się do końca października. W ostatnich dniach miesiąca byłam już pewna. Wiedziałam, że najgorzej będzie mi wytłumaczyć moją decyzję mamie. W końcu zdobyłam się na odwagę i wypaliłam przy obiedzie:
- Rezygnuję z gimnastyki.
- Co? Co to znaczy? - zapytała mama ze zdziwieniem.
- Nie chcę już ćwiczyć. Znudził mi się ten sport.
- O czym ty mówisz, dziecko? Przecież za niewiele ponad pół roku jest Olimpiada! Przygotowywałaś się do niej 7 lat!
- Ale nie chcę brać w niej udziału - odpowiedziałam.
- To było twoje marzenie dzieciństwa! - mama zaczęła krzyczeć.
- Ale moje marzenia dzieciństwa już dawno minęły. Od dawna już nie chcę być księżniczką, mieszkać w zamku i za męża mieć księcia na białym koniu. Czas również zakończyć walkę o marzenia z dzieciństwa, które jeszcze pozostały.
- Jacek, powiedz coś, bo mi brak słów - mama szturchnęła tatę.
- Ee, więc... No Olu, wiesz... Według mnie powinnaś się nad tym zastanowić - wydukał.
- Ja się już zastanowiłam i podjęłam taką decyzję. Dziękuję za obiad - powiedziałam wstając od stołu.
- Siadaj! - krzyknęła mama.
- Nie mam ochoty z wami jeść. Nie potraficie uszanować moich pragnień.
- To ten Łukasz tak cię zmienił, tak? Kazał ci zrezygnować z gimnastyki. Nie podoba mu się?
- Co? O czym ty mówisz? - wykrzyczałam.
- Będziesz ćwiczyć i pojedziesz na Olimpiadę. Skończyłam temat.
- Nie będę ćwiczyć i nie pojadę! Nie zmusisz mnie do tego! Zależy ci tylko na tym, abym spełniała marzenia, których ty nie mogłaś spełnić w moim wieku. Ale twoje marzenia nie są moimi marzeniami, wybacz - wzięłam kurtkę i wyszłam z domu. Było mi bardzo źle, ale uważałam moją decyzję za słuszną. W końcu kto może wiedzieć co czuję lepiej ode mnie?
Pojechałam do Łukasza. Potrzebowałam rozmowy z nim; jego obecności. Mama stanowczo przesadziła obwiniając Łukasza o moją decyzję. Tata na pewno był innego zdania, ale nie chciał ,,dolewać benzyny do ognia".
Opowiedziałam o całym zajściu Łukaszowi. On również nie mógł zrozumieć mojej decyzji.
- I co teraz będziesz robić? - zapytał. - Przecież gimnastyka była całym twoim życiem.
- Moje życie się zmieniło, Łukasz. Chcę się odciąć od wszystkiego, co było kiedyś.
- Coś czuję, że chcesz się ukarać za krzywdę Wojtka, zgadłem?
- Łukasz, daj spokój. Nie zgaduj przyczyny.
- Okej, jak wolisz. A odpowiesz na moje pytanie?
- Co teraz będę robić? - zapytałam.
- Tak - potwierdził.
- Chciałabym zacząć grać w piłkę - wyznałam.- W piłkę? Dlaczego akurat ten sport chcesz wybrać? Jest tyle bardziej kobiecych sportów.
- Kocham piłkę i nie chcę być tylko widzem na meczach i przed telewizorem. Nie jest fajnie być biernym kibicem.
- Okej, pani piłkarko. Nie mam nic przeciwko. Swoją drogą zapowiada się niesamowicie fajnie. Bo co może być lepszego od uczenia swojej dziewczyny gry w piłkę nożną - uśmiechnął się i mocno mnie przytulił, a ja poczułam - pierwszy raz od kilku miesięcy - że zrobiłam coś, czym w konsekwencji nikogo nie skrzywdzę i sama nie będę musiała przez to cierpieć.
2 września 2013
Jesienne przeziębienie
Następnego ranka obudziłam się przed 5 z gorączką. "Jednak się wczoraj przeziębiłam" - pomyślałam. Wstałam, założyłam pantofle i zeszłam po schodach na dół. Było mi okropnie zimno. W szafce w kuchni poszukałam leków przeciwgorączkowych. Starałam się poruszać po domu jak najciszej, ale nie było to takie proste. Najpierw wypadło mi z szafki kilka opakowań tabletek. Później uderzyłam szklanką o lodówkę, aż w końcu przewróciłam stołek. Ten ostatni wywołany przeze mnie hałas obudził mamę, która od razu przestraszona przybiegła na dół. Musiałam wyglądać jak upiór albo nawet gorzej, bo na mój widok powiedziała: "O Boże, dziecko, kiedy ty się tak przeziębiłaś?", po czym dodała: "Wracaj do pokoju, zaraz przyniosę ci gorącą herbatę". Posłusznie udałam się na górę. Po chwili dołączyła do mnie mama z herbatą.
- Zadzwonię do pracy, że dzisiaj nie przyjdę - wypaliła nagle.
- Mamo, jest piąta rano, nikogo jeszcze nie ma w pracy - przypomniałam jej.
- No tak, tak. Zadzwonię później. Chociaż, nie - zreflektowała się. - Później już będzie za późno na dzwonienie.
- Idź do pracy, mną się nie przejmuj. Poradzę sobie - obiecałam.
- Ale jak ja mam cię taką zostawić? - zadała pytanie, jednak nie zostawiła mi czasu na odpowiedź, bo kontynuowała swój monolog. - Poczekaj, powiem tacie, żeby z tobą został - wstała z łóżka.
- Nie budź go jeszcze. Za godzinę i tak będzie wstawał do pracy. Pozwól mu jeszcze pospać. Wystarczy, że ty już przeze mnie nie śpisz.
- Kochanie, zawsze byłam przy tobie, kiedy byłaś chora i nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej.
- Kiedyś pewnie się to zmieni, mamo. Będziemy musiały się do tego przyzwyczaić.
- Wtedy będzie się zajmował tobą kto inny - zmarszczyła brwi. - Z tym Łukaszem to tak na poważnie?
- Opowiadałam ci wczoraj. Teraz poza nim świata nie widzę. Dobrze powiedziałam - teraz, bo poza Wojtkiem też kiedyś nie widziałam świata.
- Ale teraz jesteś już starsza niż wtedy, gdy poznałaś Wojtka. Może to też moja i Wojtka mamy wina, że tak wam kazałyśmy być razem.
- Nie, nie kazałyście. Sami chcieliśmy - okryłam się kołdrą i zamknęłam oczy. Miałam nadzieję, że zasnę, jednak tabletki nie pomagały, a moje dolegliwości się wzmagały.
Za zleceniem mamy tata zadzwonił do pracy, że się w niej nie pojawi. Całe szczęście, że pracuje na stanowisku kierowniczym i nie poniesie za to konsekwencji. Po południu napisałam SMS-a do Łukasza. Poinformowałam go, że jestem chora. Chciał z tego powodu nie iść na trening i przyjechać do mnie, ale kategorycznie mu tego zabroniłam. Już wystarczy, że jedna osoba zrezygnowała ze swoich planów z mojego powodu. Drugim powodem było to, że mama jeszcze dobrze nie przystosowała się do nowej sytuacji związanej z Łukaszem i potrzebowała na to trochę czasu.
Następnego dnia ani trochę nie było mi lepiej, dlatego tato znów został ze mną w domu. Wezwał wizytę lekarską, bo było oczywiste, że bez antybiotyku przeziębienie nie odpuści. Wieczorem poczułam się lepiej. W piątek tato - podobnie jak mama - nie mógł zostać ze mną w domu.
Po 7-mej otrzymałam wiadomość od Łukasza:
Zostajesz dzisiaj sama?
Tak :( - odpisałam.
Rodzice wyszli do pracy, a ja zostałam sama w domu. Mój pokój przypominał salę szpitalną, a biurko i szafka zamieniły się w aptekę. Parę minut po godzinie 8-mej usłyszałam dzwonek u drzwi. Bardzo nie chciało mi się wstawać, więc zlekceważyłam niespodziewanego gościa. Jednak ten uporczywie nie przestawał dzwonić.
- Już idę, idę! - zawołałam w końcu.
Wyszłam z pokoju i przybiegłam do drzwi. Mijając lustro w przedpokoju przestraszyłam się osoby, którą w nim zobaczyłam. Wyglądałam okropnie. Otworzyłam drzwi. Zobaczyłam ogromny bukiet czerwonych kwiatów z karteczką: "Szybkiego powrotu do zdrowia!". Uśmiechnęłam się do siebie, wychyliłam się za drzwi i zobaczyłam Łukasza.
- Witam panią - powiedział. - Jakiś przeuroczy młodzieniec poprosił mnie, abym to pani przekazał.
- A dlaczego ten przeuroczy młodzieniec nie mógł mi tego przekazać osobiście?
- Nie wiedział, czy zechce pani go przyjąć - powiedział smutno.
- Jeśli będzie dla mnie tak miły i zrobi mi dobrą herbatę i poogląda ze mną jakąś komedię, aby poprawić mi humor, to bardzo chętnie go przyjmę - uśmiechnęłam się. Łukasz chciał już wejść do mieszkania, ale go zatrzymałam. - Ale ja mówiłam o tym przeuroczym młodzieńcu, nie o panu!
- A czy ja nie jestem uroczy? - zapytał zaskoczony.
- Uroczy może i tak, ale do przeuroczego jeszcze panu daleko. Mimo wszystko jestem skłonna wpuścić pana do mego pałacu, jeśli zdeklaruje się pan zrobić mi tę herbatę i pooglądać ze mną dowolnie wybrany przez siebie wesoły film. To jak? Odpowiada to panu?
- Ee tam, niech stracę - odpowiedział wchodząc do mieszkania.
Zamknęłam drzwi i go niespodziewanie pocałowałam. Tak bardzo się za nim stęskniłam. Łukasz wysłał mnie do łóżka, to znaczy kazał mi się położyć, żebym nie zmarzła. Posłuchałam go, ale najpierw poszłam do łazienki, by trochę się ogarnąć. Dlatego kiedy po wstawieniu kwiatów do wazonu przyszedł do mojego pokoju zastał puste łóżko. Gdy wróciłam z łazienki siedział na środku mojego łóżka i czytał po kolei nazwy leków znajdujących się na biurku i szafce.
- A pani to chyba chce zostać farmaceutką - stwierdził niepewnie.
- Raczej nie. Czytam każdą ulotkę po 10 razy, żeby nie zażyć leków, które nawzajem siebie wykluczają. Nienawidzę chorować - usiadłam Łukaszowi na kolanach.
- Pomyśl o tym, że jest tego dobra strona - powiedział z zakłopotaniem.
- Jaka? - zapytałam.
- Nie musisz widywać się z Wojtkiem. A on z tobą...
- Och, Łukasz, daj spokój. Wystarczy mi, że mama ciągle o tym truje. Martwię się o Wojtka, jestem ciekawa co u niego, czy chodzi do szkoły...
- A, właśnie, jak tam mama? Opowiedziałaś jej wszystko?
- Wszystko może i nie, ale opowiedziałam jej sporo. Tyle wiedzy jej wystarczy.
- I co ona na to?
- Próbuje to zrozumieć, powoli to trawi.
- Powoli? Rozumiem, że zawsze ma taki spóźniony metabolizm?
- Tak - zaczęłam się śmiać. - Można tak powiedzieć.
- Wskakuj do łóżka - Łukasz zepchnął mnie ze swoich kolan. - Idę zrobić ci herbatę. W międzyczasie pomyślę nad filmem, który moglibyśmy pooglądać.
- Zajrzyj do salonu na półkę obok telewizora. W filmach moich rodziców jest kilka tytułów, z którymi się jeszcze nie zapoznałam.
Napisałam SMS-a do Julki. Zapytałam ją, czy Wojtek jest w szkole. Nie mogłam się powstrzymać. Miałam nadzieję, że - jeśli jest - Julka nie powie mu, że o niego pytam.
Łukasz wrócił po około 10 minutach.
- Zapraszam na seans - powiedział biorąc mnie na ręce.
- Ej, ej, wiem, że widać po mnie, że jestem chora, ale dam radę zejść na dół.
- Nie byłbym tego taki pewien - uśmiechnął się i wyniósł mnie z pokoju.
- Ej, Łukasz! Puść mnie! - krzyczałam, kiedy byliśmy już na schodach.
- Jesteś pewna? Tutaj, teraz? - zapytał zniżając mnie do podłogi.
- Nie, nie, nie!
- No właśnie - znów podniósł mnie do góry.
Zaniósł mnie do salonu i posadził na kanapie. Na ławie czekała na mnie herbata. Odpowiednia płyta była już włożona do odtwarzacza DVD. Łukasz kliknął przycisk "Play" na pilocie i usiadł obok mnie.
- Wygodnie ci? - zapytał.
- Wygodniej mi w niebie nie będzie - odpowiedziałam.
- Odważne stwierdzenie - Łukasz zaczął się śmiać.
- Hm - skrzywiłam się. - To co powiedziałam skojarzyło mi się z piosenką "Oprócz błękitnego nieba".
- Oprócz błękitnego nieba nic mi dzisiaj nie potrzeba... - zanucił Łukasz. - Oprócz błękitnego nieba nic mi dzisiaj nie potrzeba! - powtórzył. - Gdzie są wszystkie dziewczęta, które kiedyś tak bardzo, tak bardzo kochałem, kochałem... Kto z przyjaciół pamięta ile razy dla nich przegrałem? W gardle zaschło mi i butelka zupełnie, zupełnie, już pusta, już pusta. Nikt do drzwi już dzisiaj nie zastuka. Oprócz błękitnego nieba nic mi dzisiaj nie potrzeba. Oprócz błękitnego nieba nic mi dzisiaj nie potrzeba! - Łukasz zakończył i zaczął się śmiać.
- Też to znasz?
- No pewnie, klasyka polskiej piosenki.
- Jakie to te dziewczęta, które tak kochałeś, hm? - spytałam.
- Sam nie wiem. W sumie to kochałem w życiu trzy kobiety, z czego dwie kocham nadal.
- Dwie? A co z tą trzecią? - zapytałam.
- Ta trzecia to Paulina - odpowiedział.
Zapadła cisza.
- No! - zawołał do siebie Łukasz. - Co ten film się nie włącza?
- Może włóż płytę jeszcze raz - odpowiedziałam. - A te dwie, które kochasz to kto? - dodałam niepewnie.
- Ty i moja mama - odpowiedział podchodząc do telewizora. - W sumie to jeszcze moje babcie i ciocie - dodał. - Działa - powiedział triumfalnie po przełączeniu przyciska w odtwarzaczu DVD. Na powrót usiadł obok mnie na kanapie, a ja przytuliłam się do jego ręki.
Oglądnęliśmy trzy filmy nie ruszając się z kanapy. Łukasz zmieniał tylko płyty w odtwarzaczu i pytał mnie czy oglądałam już film, który właśnie trzymał w ręce. Przez chwilę pomyślałam, że chciałabym przez cały czas być chora albo przynajmniej przez cały rok szkolny. Jednak przypomniałam sobie, że będę miała mnóstwo zaległości do odrobienia i moja forma gimnastyczna też się pogorszy. Westchnęłam ciężko.
- Co jest? Już ci się nudzi? - zapytał Łukasz.
- Nie, jest dobrze, tylko będę miała zaległości w szkole, a na sali będę musiała siedzieć do późnego wieczora. No i jeszcze ty masz nieobecność dzisiaj.
- Nieobecność? Przecież jestem obecny tam, gdzie jestem potrzebny.
- Kochany jesteś - uśmiechnęłam się. - Masz dzisiaj trening?
- Nie, dzisiaj wolne - powiedział zadowolony.
- Naprawdę? - dopytywałam.
- Tak, naprawdę, zaufaj mi.
- Ufam ci, ufam. Tylko nie chcę, żebyś przeze mnie coś tracił.
- Ty straciłaś dla mnie znacznie więcej - przypomniał mi.
- Nie rozmawiajmy o tym.
- Okej. Oglądamy dalej - zarządził.
Siedzielibyśmy tak pewnie do wieczora gdyby nie to, że tata wcześniej wrócił z pracy i szepnął mi na ucho, że mama raczej nie będzie zadowolona z tego, że Łukasz siedział ze mną cały dzień w domu.
- Odwiedzę cię jutro - powiedział wychodząc. - Może będziesz się już czuła lepiej.
- Po dzisiejszym dniu już czuję się lepiej - odpowiedziałam.
- Do widzenia - zniknął za drzwiami.
- Całkiem fajny ten Łukasz - powiedział tata stojąc za mną. - I siedział tak z tobą przez cały dzień oglądając komedie romantyczne mamy?
- Tak... Sam to zaproponował - wyjaśniłam.
- No to niezły jest. Mnie jak mama namówi na jedną to już jest osiągnięcie. Fajny chłopak.
- Mama tak nie uważa.
- To będzie tak uważać, zobaczysz.
- Dzięki - uśmiechnęłam się i poszłam do swojego pokoju.
Dzień, który zapowiadał się tak okropnie, w swej istocie okazał się całkiem udany. I co tam, że dalej miałam gorączkę, katar i kaszel.
- Zadzwonię do pracy, że dzisiaj nie przyjdę - wypaliła nagle.
- Mamo, jest piąta rano, nikogo jeszcze nie ma w pracy - przypomniałam jej.
- No tak, tak. Zadzwonię później. Chociaż, nie - zreflektowała się. - Później już będzie za późno na dzwonienie.
- Idź do pracy, mną się nie przejmuj. Poradzę sobie - obiecałam.
- Ale jak ja mam cię taką zostawić? - zadała pytanie, jednak nie zostawiła mi czasu na odpowiedź, bo kontynuowała swój monolog. - Poczekaj, powiem tacie, żeby z tobą został - wstała z łóżka.
- Nie budź go jeszcze. Za godzinę i tak będzie wstawał do pracy. Pozwól mu jeszcze pospać. Wystarczy, że ty już przeze mnie nie śpisz.
- Kochanie, zawsze byłam przy tobie, kiedy byłaś chora i nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej.
- Kiedyś pewnie się to zmieni, mamo. Będziemy musiały się do tego przyzwyczaić.
- Wtedy będzie się zajmował tobą kto inny - zmarszczyła brwi. - Z tym Łukaszem to tak na poważnie?
- Opowiadałam ci wczoraj. Teraz poza nim świata nie widzę. Dobrze powiedziałam - teraz, bo poza Wojtkiem też kiedyś nie widziałam świata.
- Ale teraz jesteś już starsza niż wtedy, gdy poznałaś Wojtka. Może to też moja i Wojtka mamy wina, że tak wam kazałyśmy być razem.
- Nie, nie kazałyście. Sami chcieliśmy - okryłam się kołdrą i zamknęłam oczy. Miałam nadzieję, że zasnę, jednak tabletki nie pomagały, a moje dolegliwości się wzmagały.
Za zleceniem mamy tata zadzwonił do pracy, że się w niej nie pojawi. Całe szczęście, że pracuje na stanowisku kierowniczym i nie poniesie za to konsekwencji. Po południu napisałam SMS-a do Łukasza. Poinformowałam go, że jestem chora. Chciał z tego powodu nie iść na trening i przyjechać do mnie, ale kategorycznie mu tego zabroniłam. Już wystarczy, że jedna osoba zrezygnowała ze swoich planów z mojego powodu. Drugim powodem było to, że mama jeszcze dobrze nie przystosowała się do nowej sytuacji związanej z Łukaszem i potrzebowała na to trochę czasu.
Następnego dnia ani trochę nie było mi lepiej, dlatego tato znów został ze mną w domu. Wezwał wizytę lekarską, bo było oczywiste, że bez antybiotyku przeziębienie nie odpuści. Wieczorem poczułam się lepiej. W piątek tato - podobnie jak mama - nie mógł zostać ze mną w domu.
Po 7-mej otrzymałam wiadomość od Łukasza:
Zostajesz dzisiaj sama?
Tak :( - odpisałam.
Rodzice wyszli do pracy, a ja zostałam sama w domu. Mój pokój przypominał salę szpitalną, a biurko i szafka zamieniły się w aptekę. Parę minut po godzinie 8-mej usłyszałam dzwonek u drzwi. Bardzo nie chciało mi się wstawać, więc zlekceważyłam niespodziewanego gościa. Jednak ten uporczywie nie przestawał dzwonić.
- Już idę, idę! - zawołałam w końcu.
Wyszłam z pokoju i przybiegłam do drzwi. Mijając lustro w przedpokoju przestraszyłam się osoby, którą w nim zobaczyłam. Wyglądałam okropnie. Otworzyłam drzwi. Zobaczyłam ogromny bukiet czerwonych kwiatów z karteczką: "Szybkiego powrotu do zdrowia!". Uśmiechnęłam się do siebie, wychyliłam się za drzwi i zobaczyłam Łukasza.
- Witam panią - powiedział. - Jakiś przeuroczy młodzieniec poprosił mnie, abym to pani przekazał.
- A dlaczego ten przeuroczy młodzieniec nie mógł mi tego przekazać osobiście?
- Nie wiedział, czy zechce pani go przyjąć - powiedział smutno.
- Jeśli będzie dla mnie tak miły i zrobi mi dobrą herbatę i poogląda ze mną jakąś komedię, aby poprawić mi humor, to bardzo chętnie go przyjmę - uśmiechnęłam się. Łukasz chciał już wejść do mieszkania, ale go zatrzymałam. - Ale ja mówiłam o tym przeuroczym młodzieńcu, nie o panu!
- A czy ja nie jestem uroczy? - zapytał zaskoczony.
- Uroczy może i tak, ale do przeuroczego jeszcze panu daleko. Mimo wszystko jestem skłonna wpuścić pana do mego pałacu, jeśli zdeklaruje się pan zrobić mi tę herbatę i pooglądać ze mną dowolnie wybrany przez siebie wesoły film. To jak? Odpowiada to panu?
- Ee tam, niech stracę - odpowiedział wchodząc do mieszkania.
Zamknęłam drzwi i go niespodziewanie pocałowałam. Tak bardzo się za nim stęskniłam. Łukasz wysłał mnie do łóżka, to znaczy kazał mi się położyć, żebym nie zmarzła. Posłuchałam go, ale najpierw poszłam do łazienki, by trochę się ogarnąć. Dlatego kiedy po wstawieniu kwiatów do wazonu przyszedł do mojego pokoju zastał puste łóżko. Gdy wróciłam z łazienki siedział na środku mojego łóżka i czytał po kolei nazwy leków znajdujących się na biurku i szafce.
- A pani to chyba chce zostać farmaceutką - stwierdził niepewnie.
- Raczej nie. Czytam każdą ulotkę po 10 razy, żeby nie zażyć leków, które nawzajem siebie wykluczają. Nienawidzę chorować - usiadłam Łukaszowi na kolanach.
- Pomyśl o tym, że jest tego dobra strona - powiedział z zakłopotaniem.
- Jaka? - zapytałam.
- Nie musisz widywać się z Wojtkiem. A on z tobą...
- Och, Łukasz, daj spokój. Wystarczy mi, że mama ciągle o tym truje. Martwię się o Wojtka, jestem ciekawa co u niego, czy chodzi do szkoły...
- A, właśnie, jak tam mama? Opowiedziałaś jej wszystko?
- Wszystko może i nie, ale opowiedziałam jej sporo. Tyle wiedzy jej wystarczy.
- I co ona na to?
- Próbuje to zrozumieć, powoli to trawi.
- Powoli? Rozumiem, że zawsze ma taki spóźniony metabolizm?
- Wskakuj do łóżka - Łukasz zepchnął mnie ze swoich kolan. - Idę zrobić ci herbatę. W międzyczasie pomyślę nad filmem, który moglibyśmy pooglądać.
- Zajrzyj do salonu na półkę obok telewizora. W filmach moich rodziców jest kilka tytułów, z którymi się jeszcze nie zapoznałam.
Napisałam SMS-a do Julki. Zapytałam ją, czy Wojtek jest w szkole. Nie mogłam się powstrzymać. Miałam nadzieję, że - jeśli jest - Julka nie powie mu, że o niego pytam.
Łukasz wrócił po około 10 minutach.
- Zapraszam na seans - powiedział biorąc mnie na ręce.
- Ej, ej, wiem, że widać po mnie, że jestem chora, ale dam radę zejść na dół.
- Nie byłbym tego taki pewien - uśmiechnął się i wyniósł mnie z pokoju.
- Ej, Łukasz! Puść mnie! - krzyczałam, kiedy byliśmy już na schodach.
- Jesteś pewna? Tutaj, teraz? - zapytał zniżając mnie do podłogi.
- Nie, nie, nie!
- No właśnie - znów podniósł mnie do góry.
Zaniósł mnie do salonu i posadził na kanapie. Na ławie czekała na mnie herbata. Odpowiednia płyta była już włożona do odtwarzacza DVD. Łukasz kliknął przycisk "Play" na pilocie i usiadł obok mnie.
- Wygodnie ci? - zapytał.
- Wygodniej mi w niebie nie będzie - odpowiedziałam.
- Odważne stwierdzenie - Łukasz zaczął się śmiać.- Hm - skrzywiłam się. - To co powiedziałam skojarzyło mi się z piosenką "Oprócz błękitnego nieba".
- Oprócz błękitnego nieba nic mi dzisiaj nie potrzeba... - zanucił Łukasz. - Oprócz błękitnego nieba nic mi dzisiaj nie potrzeba! - powtórzył. - Gdzie są wszystkie dziewczęta, które kiedyś tak bardzo, tak bardzo kochałem, kochałem... Kto z przyjaciół pamięta ile razy dla nich przegrałem? W gardle zaschło mi i butelka zupełnie, zupełnie, już pusta, już pusta. Nikt do drzwi już dzisiaj nie zastuka. Oprócz błękitnego nieba nic mi dzisiaj nie potrzeba. Oprócz błękitnego nieba nic mi dzisiaj nie potrzeba! - Łukasz zakończył i zaczął się śmiać.
- Też to znasz?
- No pewnie, klasyka polskiej piosenki.
- Jakie to te dziewczęta, które tak kochałeś, hm? - spytałam.
- Sam nie wiem. W sumie to kochałem w życiu trzy kobiety, z czego dwie kocham nadal.
- Dwie? A co z tą trzecią? - zapytałam.
- Ta trzecia to Paulina - odpowiedział.
Zapadła cisza.
- No! - zawołał do siebie Łukasz. - Co ten film się nie włącza?
- Może włóż płytę jeszcze raz - odpowiedziałam. - A te dwie, które kochasz to kto? - dodałam niepewnie.
- Ty i moja mama - odpowiedział podchodząc do telewizora. - W sumie to jeszcze moje babcie i ciocie - dodał. - Działa - powiedział triumfalnie po przełączeniu przyciska w odtwarzaczu DVD. Na powrót usiadł obok mnie na kanapie, a ja przytuliłam się do jego ręki.
Oglądnęliśmy trzy filmy nie ruszając się z kanapy. Łukasz zmieniał tylko płyty w odtwarzaczu i pytał mnie czy oglądałam już film, który właśnie trzymał w ręce. Przez chwilę pomyślałam, że chciałabym przez cały czas być chora albo przynajmniej przez cały rok szkolny. Jednak przypomniałam sobie, że będę miała mnóstwo zaległości do odrobienia i moja forma gimnastyczna też się pogorszy. Westchnęłam ciężko.
- Co jest? Już ci się nudzi? - zapytał Łukasz.
- Nie, jest dobrze, tylko będę miała zaległości w szkole, a na sali będę musiała siedzieć do późnego wieczora. No i jeszcze ty masz nieobecność dzisiaj.
- Nieobecność? Przecież jestem obecny tam, gdzie jestem potrzebny.
- Kochany jesteś - uśmiechnęłam się. - Masz dzisiaj trening?
- Nie, dzisiaj wolne - powiedział zadowolony.
- Naprawdę? - dopytywałam.
- Tak, naprawdę, zaufaj mi.
- Ufam ci, ufam. Tylko nie chcę, żebyś przeze mnie coś tracił.
- Ty straciłaś dla mnie znacznie więcej - przypomniał mi.
- Nie rozmawiajmy o tym.
- Okej. Oglądamy dalej - zarządził.
Siedzielibyśmy tak pewnie do wieczora gdyby nie to, że tata wcześniej wrócił z pracy i szepnął mi na ucho, że mama raczej nie będzie zadowolona z tego, że Łukasz siedział ze mną cały dzień w domu.
- Odwiedzę cię jutro - powiedział wychodząc. - Może będziesz się już czuła lepiej.
- Po dzisiejszym dniu już czuję się lepiej - odpowiedziałam.
- Do widzenia - zniknął za drzwiami.
- Całkiem fajny ten Łukasz - powiedział tata stojąc za mną. - I siedział tak z tobą przez cały dzień oglądając komedie romantyczne mamy?
- Tak... Sam to zaproponował - wyjaśniłam.
- No to niezły jest. Mnie jak mama namówi na jedną to już jest osiągnięcie. Fajny chłopak.
- Mama tak nie uważa.
- To będzie tak uważać, zobaczysz.
- Dzięki - uśmiechnęłam się i poszłam do swojego pokoju.
Dzień, który zapowiadał się tak okropnie, w swej istocie okazał się całkiem udany. I co tam, że dalej miałam gorączkę, katar i kaszel.
25 sierpnia 2013
... ponieważ jest to koniec tęczy
'Cause this is the end of the rainbow where no one can be too sad - zaczęłam nie otwierając oczu szukać ręką na szafce telefonu. Ta umiejętność jednak ciągle nie była u mnie dobrze rozwinięta. Bach - komórka wylądowała na podłodze. "Dobra, niech sobie gra, nie wstaję" - pomyślałam.
No, I don’t wanna leave but I must keep moving ahead
'cause my life belongs to the other side
Behind the great ocean’s waves...
"Cholera, tak bardzo o mnie. Muszę to wyłączyć." Podniosłam się i pochyliłam pod łóżko. Zakręciło mi się w głowie i zrobiło czarno przed oczyma. Odczekałam chwilę i sięgnęłam pod łóżko jeszcze raz.
Bye, bye Hollywood Hills, I’m gonna
miss you wherever I go...
Nareszcie dopadłam telefon i wyłączyłam piosenkę, której dzisiaj tak bardzo nie chciałam słuchać. Oczywiście, ja - jak to ja, potrafiłam wszystko dopasować do siebie. Może początek nie był o mnie, bo to nie ja miałam teraz złamane serce, ale koniec tęczy rzeczywiście nieuchronnie się zbliżał. Ale przecież na nic innego nie mogłam liczyć; w moim życiu jak w przyrodzie - po burzy związanej z rozstaniem z Wojtkiem i jego wyjazdem do Nowego Jorku, pojawiła się tęcza w postaci Łukasza, ale tęcza nigdy nie utrzymuje się długo... Następny fragment również się zgadzał. "Nie, nie chcę odchodzić, ale muszę zmierzać naprzód, ponieważ moje życie należy do drugiej strony za falami wielkiego oceanu" - ja musiałam odejść, moja słabość i głupota doprowadziły do tego, że Wojtek się o wszystkim dowiedział. Moje życie może teraz należeć tylko do tamtej strony... A fale wielkiego oceanu? Na to też znajdzie się wytłumaczenie. Wojtek był przed falą związaną z jego wyjazdem i z moim ówczesnym życiem, a Łukasz - za falą zmian w moim życiu.
- Ola, wstałaś? - usłyszałam wołanie z dołu.
- Tak, tak. Już schodzę na śniadanie - zawołałam.
Dobrze, że mama w porę wyrwała mnie z moich dołujących rozmyślań, bo rzeczywiście poczułam ten tekst tak bardzo, że omal nie utopiłam się w przedstawionym w piosence oceanie. Otworzyłam szafkę i poszukałam rzeczy, w które miałam zamiar ubrać się do szkoły. Zeszłam na dół, odwiedziłam łazienkę, po czym wróciłam do pokoju, by się ubrać.
Kiedy wróciłam powtórnie na dół śniadanie było już gotowe i rodzice siedzieli przy stole. Dołączyłam do nich, choć wcale nie miałam ochoty jeść.
- I jak tam? Masz z czegoś dzisiaj sprawdzian? - zapytała mama.
- Nie. Na razie tylko pytają - odpowiedziałam.
- A później jak zaczną robić sprawdziany to wszyscy na raz - skomentował z odrazą tata.
- Wyglądasz na niewyspaną, córeczko - podjęła znów mama.
- Długo nie mogłam zasnąć - skontrowałam.
- Dlaczego?
- Miałam wczoraj ciężki dzień - odparłam.
Na dłuższą chwilę zapadła cisza. W końcu podjęłam:
- Mamo, nie dzwoniła do ciebie Wojtka mama?
- Nie, a coś się stało?
- Nie, nic, tak tylko pytam. Muszę już iść - odpowiedziałam wstając od stołu.
Ubrałam buty, kurtkę, wzięłam plecak i wyszłam z domu. Przez całą noc martwiłam się o Wojtka. Nie miałam pojęcia, co robił, gdy zostawiłam go samego. Miałam wyrzuty sumienia, że poszłam od niego i nie poczekałam na jego rodziców. Uspokoiła mnie odpowiedź mamy. Gdyby coś złego stało się z Wojtkiem, jego mama na pewno zadzwoniłaby od razu do mojej. Albo nawet bezpośrednio do mnie.
W szkole Wojtek się nie pojawił, co przypieczętowało moje obawy. Chciałam do niego pojechać, ale wiedziałam, że nie wpuści mnie do domu.
Postanowiłam, że znów pojadę na Agrykolę. Nie odbierałam wczoraj od Łukasza, który usilnie próbował się do mnie dodzwonić do 21-szej, po której to godzinie wyłączyłam telefon. Kiedy dotarłam na Myśliwiecką zapadał już zmrok. Szłam smutna w stronę wejścia, kiedy ktoś mnie złapał i mocno do siebie przytulił.
- Gdzie ty się włóczysz, co? - szepnął mi do ucha.
- Łukasz! Jak dobrze cię widzieć - powiedziałam cienkim i zachrypniętym głosem.
- Przepraszam, że wczoraj nie miałem czasu się z tobą spotkać. Mieliśmy straszny wycisk na treningu. Wróciłem bardzo późno do domu. Dzisiaj - jak widzisz - wypuścił nas trochę szybciej. Dzwoniłem do ciebie wieczorem, dlaczego nie odbierałaś? Coś się stało?
- Kuba ci nie przekazał? - odsunęłam się od niego i popatrzyłam mu w oczy.
- Jaki Kuba? Czego nie przekazał? - Łukasz zapytał zaskoczony.
- Twój kolega z drużyny. Myślałam, że można mu zaufać.
- Skąd go znasz?
- Przyszłam wczoraj na Agrykolę. Miałeś trening... Kuba się mną zajął, porozmawiał ze mną i obiecał, że przekaże ci, że byłam.
- Nic mi nie powiedział, dupek. Ale nieważne, co się stało, że potrzebowałaś natychmiastowej pomocy? - Łukasz zapytał zaniepokojony.
- Łukasz wszystko się rozsypało. To znaczy wszystko się wydało. Wojtek już o tobie wie.
- Jak to? Powiedziałaś mu?
- Nie... To znaczy tak. To znaczy nie chciałam... To znaczy chciałam, ale nie wiedziałam jak. Jakoś samo tak wyszło.
- Ale co wyszło, Ola?
- Możemy pojechać do mnie? - zaproponowałam. - Jest mi zimno i chyba się przeziębiłam.
- Dobrze. Chodź, złapiemy autobus - Łukasz wziął mnie za rękę i zaprowadził na przystanek.
Odpowiedni autobus przyjechał dosyć szybko.
- Bardzo ci zimno? - zapytał przytulając mnie w autobusie.
- Teraz dobrze - wtuliłam się w niego jeszcze bardziej.
Gdy dotarliśmy na moje osiedle, otworzyłam drzwi i wpuściłam Łukasza do środka. Weszliśmy po schodach i po chwili znaleźliśmy się w moim mieszkaniu. Mama była już w domu. Przedstawiłam jej Łukasza jako mojego kolegę, ale po jej wyrazie twarzy widziałam, że chce wiedzieć o nim więcej, dlatego dodałam, że później jej wszystko opowiem. Łukasz poszedł do łazienki, a ja - do kuchni, by nastawić wodę na herbatę. Poczekaliśmy aż się zagotuje i zaparzyłam herbatę. Łukasz wziął oba kubki i poszliśmy do mojego pokoju.
- Postaw na biurku - powiedziałam siadając na łóżku.
Łukasz wykonał moje polecenie i usiadł obok mnie. Objął mnie ramieniem i powiedział:
- Masz bardzo ładny pokój. Taki delikatny jak ty. Bardzo do ciebie pasuje - uśmiechnął się zawadiacko, ale jego słowa nie poprawiły mi humoru, bo miałam już łzy w oczach.
- Dzięki, ale to na nic. Takie dni jak ten są w tym pokoju i tak pochmurne.
- Już jesień, nie ma się co dziwić.
- Łukasz, ja nie mówię o pogodzie.
- Ach, no tak. Co się wczoraj stało?
- Spotkałam się z Wojtkiem - rozpłakałam się.
- I?
- I... Wojtek zaczął mówić o tobie. Ja nie zaprzeczyłam, że istnieje ktoś taki jak ty... Po chwili już nie chciał ze mną rozmawiać.
- Ale jak, czekaj, co powiedział o mnie?
- Powiedział, że mnie wczoraj z tobą widział. To znaczy przedwczoraj. Ja nie zaprzeczyłam, ale później się okazało, że to był żart...
- Nie rozumiem... Co jeszcze powiedział?
- Nic. Zostawił mnie na Saskiej. A ja pojechałam na Agrykolę. Chciałam cię zobaczyć, przytulić, powiedzieć, co się stało. Ale spotkałam Kubę, pogadałam z nim i poradził mi, abym pojechała do Wojtka.
- Rozmawiałaś z Kubą o nas? - Łukasz podniósł głos.
- Powiedział, że jest twoim kolegą - wyjaśniłam.
- Ale kolegom nie mówi się takich rzeczy!
- Przepraszam, nie wiedziałam, że się nie lubicie - odsunęłam się od niego.
- To nie ma znaczenia, czy się lubimy, czy nie! Po prostu takich rzeczy nie mówi się spotkanym po raz pierwszy osobom! - krzyczał.
- Nie krzycz na mnie, bo zaraz przyjdzie tu moja mama - upomniałam go.
- Przepraszam, nie powinienem był, nie chciałem.
Wstałam z łóżka i poszłam po herbatę.
- Przepraszam, Ola. Mów dalej. Pojechałaś do Wojtka?
- Pojechałam. Weszłam do niego do domu i zastałam w jego pokoju na biurku... - znów się rozpłakałam.
- Co zastałaś?
- Zastałam... narkotyki. A Wojtek był w ogrodzie. Poszłam do niego, ale nie chciał ze mną rozmawiać. Kazał mi wyjść, ale ja nie ustępowałam. W końcu powiedział mi, że tylko żartował mówiąc, że nas razem widział. A ja się dałam nabrać! Rozumiesz? Dałam się nabrać jak debilka! Chciałam mu wszystko na spokojnie przekazać... Wytłumaczyć... A wyszło tak okropnie! - histerycznie płakałam.
- Ola, Ola - Łukasz wstał z łóżka i podszedł do mnie, by mnie przytulić. - Nie możesz teraz siebie o to wszystko obwiniać.
- A kogo mam obwiniać? Wojtka? Bo mnie nie słuchał, niszczył siebie, zostawił mnie i nie było go prawie pięć miesięcy! I co z tego?! Ja mu coś obiecałam. Jak byłam w Nowym Jorku obiecałam mu, że będę o nas walczyć, że go nie zostawię, mówiłam, że jest dla mnie najważniejszy.
- Ale później to się zmieniło - Łukasz uśmiechnął się do mnie.
- I co z tego... Obiecałam - powiedziałam z żalem.
- Uważasz, że można obiecać komuś miłość?
- A co przysięga się na ślubie? - zapytałam ocierając łzy spływające po policzkach.
- Kochanie, ty nie wzięłaś ślubu z Wojtkiem.
- Ale nie tego dotyczyło moje pytanie. No, powiedz, po co jest przysięga ślubna, skoro uważasz, że nie można jej ufać?
- Kiedy ludzie długo się znają, bardzo się kochają i zależy im na sobie mogą sobie obiecać, że będą robić wszystko, aby ich miłość trwała. Ale nie mogą obiecać, że będzie trwała.
Nie miałam siły z nim dyskutować. Łukasz, widząc, że nie jestem przekonana do jego słów znów podjął:
- Przepraszam. Powinienem był ci pomóc. Powinienem był spotkać się z tobą z Wojtkiem, nie pozwolić na to, abyś go oszukiwała, wiadome było, że to do niczego dobrego nie prowadzi. Przepraszam - Łukasz pocałował mnie w głowę.
- Nie, nie przepraszaj mnie za to. Byłeś ze mną przez cały czas i w każdej chwili wiedziałam, że mam twoje wsparcie. Dziękuję.
- Nie płacz już. Odwiedzę z tobą Wojtka. Sprawdzimy, czy u niego wszystko w porządku.
- Nie, to nie jest dobry pomysł. Wojtek nie chce mnie widzieć, nie wiem, co zrobiłby na twój widok - odradziłam.
- Dobrze, to odwiedzisz go sama, jeśli będziesz chciała. Ja jestem przy tobie - po raz drugi pocałował mnie w skroń.
- Przez cały czas czułam, że przy mnie byłeś - odpowiedziałam.
- I będę - Łukasz trzeci raz pocałował mnie w czoło.
Usłyszeliśmy pukanie do drzwi, zostały otwarte, a za progiem zobaczyliśmy moją mamę z tacą ciastek w dłoni. Przez chwilę nic nie mówiła tylko na nas patrzyła. Łukasz mnie puścił, otarłam ręką łzy i odebrałam od mamy tacę.
- Pomyślałam, że zechcielibyście coś przekąsić - wytłumaczyła mama.
- Dzięki - powiedziałam.
- A może zjecie coś konkretnego? Ugotowałam przed chwilą twoją ulubioną zupę. Może twój kolega się poczęstuje? - zaproponowała mama patrząc na Łukasza.
- Dziękuję bardzo, ale może innym razem, jeśli Ola mnie zaprosi. Już późno, muszę wracać do domu.
- Nie idź jeszcze - szepnęłam.
- Zostawiam cię pod dobrą opieką - uśmiechnął się Łukasz. Mama odpowiedziała mu uśmiechem pełnym zaniepokojenia. - Do widzenia - dodał, po czym wyszedł z mojego pokoju. Poszłam za nim. Gdy zakładał buty łzy na powrót stanęły mi w oczach.
- Zajmij się czymś, by nie myśleć o Wojtku - pocałował mnie w policzek, wziął swój plecak i wyszedł.
Poszłam do kuchni i usiadłam na krześle. Wiedziałam, że mama zaraz zada mi milion pytań, więc kiedy usłyszałam, że idzie po schodach zapytałam: "gdzie ta zupa?", aby odwlec na jakiś czas rozmowę, której nie mogłam uniknąć.
21 sierpnia 2013
Podstępny żart
Droga na Myśliwiecką wydawała się trwać wieki. Wysiadłam na
przystanku, gdy ledwie otworzyły się drzwi i pobiegłam do budynku
Agrykoli. Biegłam przez cały korytarz, ale nikogo nie spotkałam.
Wbiegłam w chłopaka, który wyszedł z bocznego pomieszczenia.
- Hej, hej! Spokojnie! Szukasz kogoś? - zwrócił się do mnie.
- Przepraszam! - zawołałam. - Wiesz może gdzie jest Łukasz?
- Może usiądziemy? Widzę, że jesteś bardzo zdenerwowana. Co się stało?
- Widziałeś Łukasza? - zignorowałam jego propozycję.
- Mam na imię Kuba - oznajmił mijając mnie i siadając na schodach prowadzących na piętro. - A ty jak masz na imię?
- Czy możesz mi, do cholery odpowiedzieć, gdzie jest Łukasz? - wrzasnęłam.
- Okej, okej. Widzę, że nie pogadamy. Łukasz gra teraz na boisku i nie sądzę, że będzie miał czas na rozmowę z tobą.
- Dzięki, ale myślę, że on sam o tym zadecyduje - odpowiedziałam i wyszłam z budynku bocznymi drzwiami. Znalazłam się na boisku w niewłaściwym czasie, gdyż trener akurat dawał musztrę wszystkim zawodnikom. Zniechęcona wróciłam do budynku. Kuba nadal siedział na schodach i czyścił swoje korki.
- Przepraszam - powiedziałam siadając obok niego. - Mam na imię Ola.
- Nic się nie dzieje. Każdy ma prawo się czasem wkurzyć - usprawiedliwił mnie, ale nie podniósł wzroku znad swoich butów. Był na mnie trochę obrażony.
- Tak, ale nie powinnam była tak na ciebie krzyczeć. W dodatku miałeś rację.
- Łukasz nie ma czasu? - wypowiedział weselszym tonem i spojrzał wreszcie na mnie.
- Tak, trwa trening i to nie jest najlepszy czas, abym go zawołała.
- Mówiłem ci - powiedział z wyrzutem.
- Przepraszam, nie mogę sobie po prostu poradzić z tym, co się przed chwilą stało i bardzo go potrzebuję.
- Możesz mi o tym opowiedzieć - zaproponował Kuba.
- Nie znam cię, jak mogę ci opowiadać o moich problemach?
- Czasem łatwiej jest porozmawiać z kimś nieznajomym, prędzej wysłucha i nie skomentuje.
- Mam chłopaka.
- No, wiem, przecież do niego tutaj przyszłaś.
- Ale nie mówię o Łukaszu.
- Jak to? Łukasz nie jest twoim chłopakiem? - zapytał zdziwiony.
- Jest... Ale... Nie jest... - rozpłakałam się.
- Spokojnie, powoli. Łukasz jest twoim chłopakiem, ale jest twoim niejedynym chłopakiem?
- Dokładnie tak. Zanim go poznałam miałam innego chłopaka, którego bardzo kochałam i który bardzo mnie potrzebował, ale zakochałam się w Łukaszu... I kocham ich obu.
- Aha, a co się dzisiaj stało?
- Wojtek, to znaczy mój wcześniejszy chłopak, wrócił ze Stanów z leczenia i dowiedział się o Łukaszu.
- A Łukasz wie o Wojtku? - zapytał.
- Tak, od początku.
Kuba wybuchnął śmiechem.
- I Łukaszowi to odpowiada? - dodał po chwili.
- Ale co?
- To, że jego dziewczyna ma dwóch chłopaków.
- To nie jest tak. Wojtek jest teraz dla mnie tylko przyjacielem.
- Ale on tak nie uważa.
- Co ja mam zrobić, Kuba?
- Porozmawiać z tym Wojtkiem. Wyjaśnić chłopakowi, co i jak.
- Ale on teraz nie będzie chciał ze mną rozmawiać.
- Zechce, zechce. Jedź do niego.
- Może masz rację... Ale Łukasz... - zastanawiałam się.
- Powiem Łukaszowi, że byłaś - zapewnił.
- Dziękuję! - wstałam. - Naprawdę dziękuję za rozmowę. Jadę do Wojtka - wybiegłam z budynku.
Gdy dotarłam na Mokotów słońce chyliło się już ku zachodowi. Zadzwoniłam domofonem, ale nikt się nie zgłosił. Wyjęłam z torebki pęk kluczy. Znalazłam klucz do bramki i domu Wojtka. Weszłam do środka. W przedpokoju było ciemno i ponuro.
- Wojtek! - zawołałam niepewnie. - Wojtek, jesteś tutaj?
Zajrzałam do salonu i kuchni. Udałam się w kierunku pokoju Wojtka. Ze strachem nacisnęłam na klamkę i otworzyłam drzwi. Pokój był pusty. Drzwi balkonowe znajdujące się na wprost mnie były szeroko otwarte. Okna z pokoju Wojtka były skierowane na zachód dlatego też wlewały się przez nie jesienne promienie czerwonego słońca. Weszłam do pomieszczenia. Rozejrzałam się i zauważyłam na biurku rozsypany biały proszek.
Z przerażeniem dotknęłam go, po czym wybiegłam z pokoju przez otwarte drzwi balkonowe. Liczyłam na to, że spotkam Wojtka na tarasie, jednak tam go nie było. Zeszłam po schodach do ogrodu, zatrzymałam się i wytężyłam wzrok. Zobaczyłam w oddali smukłą sylwetkę opartą o drewniany mostek nad oczkiem wodnym. Chciałam zawołać imię Wojtka, ale nie potrafiłam. Coś związało mi gardło, nie mogłam nic powiedzieć. Zaczęłam biec w jego stronę. Możliwe, że nie słyszał moich kroków, ponieważ trawa była bardzo krótka, a może po prostu nie chciał reagować na moją obecność. Weszłam na mostek. Wojtek uparcie patrzył w wodę. Był ubrany w tę samą biało-beżową koszulę w kratę i spodnie, które miał na sobie rano, tyle że teraz jego koszula była rozpięta i targał nią wiatr. Widok obojętnego Wojtka rozczulił mnie do reszty. Do tego miałam z tyłu głowy obraz tego, co zastałam w jego pokoju. Popłynęły mi po policzkach łzy, zaczęłam wszystkiego żałować. Myślałam o Łukaszu i zastanawiałam się, którego z nich - Wojtka, czy Łukasza - kocham mocniej. Wniosek był trudny do przyjęcia - gdy byłam przy Wojtku, liczył się tylko on, kiedy byłam z Łukaszem było zupełnie odwrotnie.
- Wojtek... - w końcu powiedziałam.
- Po co przyszłaś? - zapytał oschle nie przenosząc oczu znad wody.
- Chcę porozmawiać...
- Nie mamy już o czym rozmawiać. Dlaczego od razu mi nie powiedziałaś?
- Chciałam ci powiedzieć... Chciałam, ale... nie mogłam. Jak miałam ci to powiedzieć?
- Lepiej było mnie oszukiwać?
- Nie było lepiej, ale pewnie było łatwiej.
- Wiesz co? Gówno mnie to wszystko obchodzi. Nie chcę z tobą gadać, nie chcę twoich tłumaczeń. Sama się wkopałaś, jak największa idiotka. Zresztą wcale mnie to nie dziwi; zawsze taka byłaś.
- Jaka zawsze byłam? Zawsze byłam idiotką, tak? I zawsze ci to pasowało, a dopiero dziś mi to mówisz?
- Nie, Ola. Zawsze byłaś szczera, nie potrafiłaś skłamać, ani nawet ukryć prawdy, czy zmienić wersji - wyjaśnił.
- I to źle? - zapytałam zaskoczona.
- Ty nadal nie rozumiesz? - podniósł głowę i popatrzył w moje oczy.
- Czego nie rozumiem? Tego, że nazwałeś mnie idiotką przez to, że jestem szczera i nie kłamię?
- Nie rozumiesz, naprawdę? - powtórzył zadane wcześniej pytanie i powoli zszedł z mostka. Ruszyłam za nim. - Myślisz, że ja cię widziałem z tym twoim nowym chłopakiem? Myślisz, że gdybym cię z nim widział, to chciałbym się jeszcze dzisiaj z tobą spotkać? Myślisz, że chciałbym mieć z tobą jeszcze kiedykolwiek do czynienia?
- Jak to? Nie rozumiem. Nie widziałeś nas wczoraj? - zapytałam zaszokowana.
- Oczywiście, że nie - odpowiedział Wojtek siadając na ławce pod brzozą. - Żartowałem, spodziewałem się, że zaraz zaczniesz zaprzeczać, mówiąc jak zwykle, że ja jestem dla ciebie najważniejszy, że nikogo innego ważniejszego nie było i nigdy nie będzie. Nawet nie wiesz, jaki byłem zaskoczony, kiedy zaczęłaś mi wyjaśniać, że chciałaś mi powiedzieć, ale nie wiedziałaś jak.
- Nie widziałeś nas... Podpuściłeś mnie...
- Ale łatwo dałaś się podejść. To, co miało być żartem okazało się być moim koszmarem.
- Wojtek, przepraszam. Naprawdę, przepraszam. Nie ma takich słów, które mogłabym ci teraz wypowiedzieć... Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie.
- Idź już. Nie chcę na ciebie patrzeć, a ostatnią rzeczą, której mogę teraz chcieć jest rozmowa z tobą - powiedział z niechęcią wstając z ławki.
- Wojtek, możesz mnie nienawidzić, możesz mnie przeklinać, możesz nie chcieć mnie widzieć, ale proszę, błagam, obiecaj mi, że będziesz brał tego, co leży u ciebie na biurku - jęczałam z płaczem.
- Nie mam obowiązku już niczego ci obiecywać. Wszystkie moje obietnice, które ci składałem są już nieaktualne. Nic nas już nie łączy, Ola. No, chyba, że przeszłość.
- Proszę, nic więcej od ciebie nie chcę, tylko słowa, że to wyrzucisz.
- Po co ci moje słowo, skoro sama nie dotrzymujesz swoich? Jaką wartość ma dla ciebie moje słowo? Bo jeśli taką jak twoje dla mnie, to jest niczym.
- Wojtek, proszę. Nie rób mi tego - krztusiłam się łzami.
- Idź już, nie chcę na ciebie patrzeć. Nie przychodź do mnie więcej. Aha, oddaj mi klucze - wyciągnął rękę w moją stronę. Nie miałam żadnych argumentów. Nie miałam teraz prawa przychodzić do jego domu, a co dopiero samodzielnie otwierać drzwi. Otworzyłam torebkę i wyjęłam klucze. Położyłam je Wojtkowi na dłoni.
- Pozwól mi jeszcze się do ciebie odezwać - powiedziałam patrząc mu głęboko w oczy. Walczył ze sobą, aby się nie rozpłakać. Nie chciał pokazać mi, jak bardzo mu na mnie zależy. Ja również nie chciał widzieć go płaczącego - nie zniosłabym tego. Wówczas moje i tak mocno rozdarte już serce, mogłoby pęknąć.
- Nie zasługujesz na to - odpowiedział, choć jego ostatnie słowa były już niewyraźne, bo mówił ze ściśniętym gardłem i łzami w oczach. - Zostaw mnie samego.
Przez chwilę nie mogłam się ruszać ani oddychać. Czułam się jakbym była sparaliżowana. Jakby ktoś odciął mi dopływ tlenu i bezczelnie patrzył jak umieram. Jeśli ja czułam się tak okropnie to jak musiał czuć się w tej chwili Wojtek?
Wzięłam głęboki oddech i udałam się w stronę tarasu. Weszłam po schodach na górę i popatrzyłam jeszcze raz na Wojtka przechadzającego się po ogrodzie. Nie mogłam długo tak stać, bo bałam się, że zemdleję. Byłam już głodna i wycieńczona płakaniem. W myślach prosiłam tylko o to, by rodziców Wojtka nie było jeszcze w domu. Przeszłam przez jego pokój, zatrzymałam się w drzwiach, by spojrzeć na substancję, która leżała na biurku. Chciałam ją wyrzucić z dala od Wojtka domu, aby nigdy jej nie znalazł. W jednej chwili nawet przemknęła mi przez głowę myśl, aby zabrać ją dla siebie. Mogłam ją wziąć na jeden raz, co pewnie okazałoby się dawką śmiertelną. Rozumiałam, że to głupie, a nic innego nie mogę zrobić, więc odpędziłam od siebie te myśli i opuściłam Wojtka pokój, a następnie dom. Szłam szybko i nie zatrzymywałam się ani na moment. Postanowiłam nie jechać autobusem tylko wrócić do domu na piechotę. W końcu od Wojtka do mnie nie było aż tak daleko. Po drodze kilka razy dzwonił do mnie Łukasz, ale nie odebrałam. Nie chciałam teraz z nikim rozmawiać. Gdy wróciłam do domu położyłam się do łóżka i owinęłam kołdrą. Chciałam spać tak długo, aż wszystkie problemy znikną, aż wszystko się ułoży. Uciec od tego daleko i długo nie wracać. Może nawet nigdy.
- Hej, hej! Spokojnie! Szukasz kogoś? - zwrócił się do mnie.
- Przepraszam! - zawołałam. - Wiesz może gdzie jest Łukasz?
- Może usiądziemy? Widzę, że jesteś bardzo zdenerwowana. Co się stało?
- Widziałeś Łukasza? - zignorowałam jego propozycję.
- Mam na imię Kuba - oznajmił mijając mnie i siadając na schodach prowadzących na piętro. - A ty jak masz na imię?
- Czy możesz mi, do cholery odpowiedzieć, gdzie jest Łukasz? - wrzasnęłam.
- Okej, okej. Widzę, że nie pogadamy. Łukasz gra teraz na boisku i nie sądzę, że będzie miał czas na rozmowę z tobą.
- Dzięki, ale myślę, że on sam o tym zadecyduje - odpowiedziałam i wyszłam z budynku bocznymi drzwiami. Znalazłam się na boisku w niewłaściwym czasie, gdyż trener akurat dawał musztrę wszystkim zawodnikom. Zniechęcona wróciłam do budynku. Kuba nadal siedział na schodach i czyścił swoje korki.
- Przepraszam - powiedziałam siadając obok niego. - Mam na imię Ola.
- Nic się nie dzieje. Każdy ma prawo się czasem wkurzyć - usprawiedliwił mnie, ale nie podniósł wzroku znad swoich butów. Był na mnie trochę obrażony.
- Tak, ale nie powinnam była tak na ciebie krzyczeć. W dodatku miałeś rację.
- Łukasz nie ma czasu? - wypowiedział weselszym tonem i spojrzał wreszcie na mnie.
- Tak, trwa trening i to nie jest najlepszy czas, abym go zawołała.
- Mówiłem ci - powiedział z wyrzutem.
- Przepraszam, nie mogę sobie po prostu poradzić z tym, co się przed chwilą stało i bardzo go potrzebuję.
- Możesz mi o tym opowiedzieć - zaproponował Kuba.
- Nie znam cię, jak mogę ci opowiadać o moich problemach?
- Czasem łatwiej jest porozmawiać z kimś nieznajomym, prędzej wysłucha i nie skomentuje.
- Mam chłopaka.
- No, wiem, przecież do niego tutaj przyszłaś.
- Ale nie mówię o Łukaszu.
- Jak to? Łukasz nie jest twoim chłopakiem? - zapytał zdziwiony.
- Jest... Ale... Nie jest... - rozpłakałam się.
- Spokojnie, powoli. Łukasz jest twoim chłopakiem, ale jest twoim niejedynym chłopakiem?
- Dokładnie tak. Zanim go poznałam miałam innego chłopaka, którego bardzo kochałam i który bardzo mnie potrzebował, ale zakochałam się w Łukaszu... I kocham ich obu.
- Aha, a co się dzisiaj stało?
- Wojtek, to znaczy mój wcześniejszy chłopak, wrócił ze Stanów z leczenia i dowiedział się o Łukaszu.
- A Łukasz wie o Wojtku? - zapytał.
- Tak, od początku.
Kuba wybuchnął śmiechem.
- I Łukaszowi to odpowiada? - dodał po chwili.
- Ale co?
- To, że jego dziewczyna ma dwóch chłopaków.
- To nie jest tak. Wojtek jest teraz dla mnie tylko przyjacielem.
- Ale on tak nie uważa.
- Co ja mam zrobić, Kuba?
- Porozmawiać z tym Wojtkiem. Wyjaśnić chłopakowi, co i jak.
- Ale on teraz nie będzie chciał ze mną rozmawiać.
- Zechce, zechce. Jedź do niego.
- Może masz rację... Ale Łukasz... - zastanawiałam się.
- Powiem Łukaszowi, że byłaś - zapewnił.
- Dziękuję! - wstałam. - Naprawdę dziękuję za rozmowę. Jadę do Wojtka - wybiegłam z budynku.
Gdy dotarłam na Mokotów słońce chyliło się już ku zachodowi. Zadzwoniłam domofonem, ale nikt się nie zgłosił. Wyjęłam z torebki pęk kluczy. Znalazłam klucz do bramki i domu Wojtka. Weszłam do środka. W przedpokoju było ciemno i ponuro.
- Wojtek! - zawołałam niepewnie. - Wojtek, jesteś tutaj?
Zajrzałam do salonu i kuchni. Udałam się w kierunku pokoju Wojtka. Ze strachem nacisnęłam na klamkę i otworzyłam drzwi. Pokój był pusty. Drzwi balkonowe znajdujące się na wprost mnie były szeroko otwarte. Okna z pokoju Wojtka były skierowane na zachód dlatego też wlewały się przez nie jesienne promienie czerwonego słońca. Weszłam do pomieszczenia. Rozejrzałam się i zauważyłam na biurku rozsypany biały proszek.
Z przerażeniem dotknęłam go, po czym wybiegłam z pokoju przez otwarte drzwi balkonowe. Liczyłam na to, że spotkam Wojtka na tarasie, jednak tam go nie było. Zeszłam po schodach do ogrodu, zatrzymałam się i wytężyłam wzrok. Zobaczyłam w oddali smukłą sylwetkę opartą o drewniany mostek nad oczkiem wodnym. Chciałam zawołać imię Wojtka, ale nie potrafiłam. Coś związało mi gardło, nie mogłam nic powiedzieć. Zaczęłam biec w jego stronę. Możliwe, że nie słyszał moich kroków, ponieważ trawa była bardzo krótka, a może po prostu nie chciał reagować na moją obecność. Weszłam na mostek. Wojtek uparcie patrzył w wodę. Był ubrany w tę samą biało-beżową koszulę w kratę i spodnie, które miał na sobie rano, tyle że teraz jego koszula była rozpięta i targał nią wiatr. Widok obojętnego Wojtka rozczulił mnie do reszty. Do tego miałam z tyłu głowy obraz tego, co zastałam w jego pokoju. Popłynęły mi po policzkach łzy, zaczęłam wszystkiego żałować. Myślałam o Łukaszu i zastanawiałam się, którego z nich - Wojtka, czy Łukasza - kocham mocniej. Wniosek był trudny do przyjęcia - gdy byłam przy Wojtku, liczył się tylko on, kiedy byłam z Łukaszem było zupełnie odwrotnie.
- Po co przyszłaś? - zapytał oschle nie przenosząc oczu znad wody.
- Chcę porozmawiać...
- Nie mamy już o czym rozmawiać. Dlaczego od razu mi nie powiedziałaś?
- Chciałam ci powiedzieć... Chciałam, ale... nie mogłam. Jak miałam ci to powiedzieć?
- Lepiej było mnie oszukiwać?
- Nie było lepiej, ale pewnie było łatwiej.
- Wiesz co? Gówno mnie to wszystko obchodzi. Nie chcę z tobą gadać, nie chcę twoich tłumaczeń. Sama się wkopałaś, jak największa idiotka. Zresztą wcale mnie to nie dziwi; zawsze taka byłaś.
- Jaka zawsze byłam? Zawsze byłam idiotką, tak? I zawsze ci to pasowało, a dopiero dziś mi to mówisz?
- Nie, Ola. Zawsze byłaś szczera, nie potrafiłaś skłamać, ani nawet ukryć prawdy, czy zmienić wersji - wyjaśnił.
- I to źle? - zapytałam zaskoczona.
- Ty nadal nie rozumiesz? - podniósł głowę i popatrzył w moje oczy.
- Czego nie rozumiem? Tego, że nazwałeś mnie idiotką przez to, że jestem szczera i nie kłamię?
- Nie rozumiesz, naprawdę? - powtórzył zadane wcześniej pytanie i powoli zszedł z mostka. Ruszyłam za nim. - Myślisz, że ja cię widziałem z tym twoim nowym chłopakiem? Myślisz, że gdybym cię z nim widział, to chciałbym się jeszcze dzisiaj z tobą spotkać? Myślisz, że chciałbym mieć z tobą jeszcze kiedykolwiek do czynienia?
- Jak to? Nie rozumiem. Nie widziałeś nas wczoraj? - zapytałam zaszokowana.
- Oczywiście, że nie - odpowiedział Wojtek siadając na ławce pod brzozą. - Żartowałem, spodziewałem się, że zaraz zaczniesz zaprzeczać, mówiąc jak zwykle, że ja jestem dla ciebie najważniejszy, że nikogo innego ważniejszego nie było i nigdy nie będzie. Nawet nie wiesz, jaki byłem zaskoczony, kiedy zaczęłaś mi wyjaśniać, że chciałaś mi powiedzieć, ale nie wiedziałaś jak.
- Nie widziałeś nas... Podpuściłeś mnie...
- Ale łatwo dałaś się podejść. To, co miało być żartem okazało się być moim koszmarem.
- Wojtek, przepraszam. Naprawdę, przepraszam. Nie ma takich słów, które mogłabym ci teraz wypowiedzieć... Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie.
- Idź już. Nie chcę na ciebie patrzeć, a ostatnią rzeczą, której mogę teraz chcieć jest rozmowa z tobą - powiedział z niechęcią wstając z ławki.
- Wojtek, możesz mnie nienawidzić, możesz mnie przeklinać, możesz nie chcieć mnie widzieć, ale proszę, błagam, obiecaj mi, że będziesz brał tego, co leży u ciebie na biurku - jęczałam z płaczem.
- Nie mam obowiązku już niczego ci obiecywać. Wszystkie moje obietnice, które ci składałem są już nieaktualne. Nic nas już nie łączy, Ola. No, chyba, że przeszłość.
- Proszę, nic więcej od ciebie nie chcę, tylko słowa, że to wyrzucisz.
- Po co ci moje słowo, skoro sama nie dotrzymujesz swoich? Jaką wartość ma dla ciebie moje słowo? Bo jeśli taką jak twoje dla mnie, to jest niczym.
- Wojtek, proszę. Nie rób mi tego - krztusiłam się łzami.
- Idź już, nie chcę na ciebie patrzeć. Nie przychodź do mnie więcej. Aha, oddaj mi klucze - wyciągnął rękę w moją stronę. Nie miałam żadnych argumentów. Nie miałam teraz prawa przychodzić do jego domu, a co dopiero samodzielnie otwierać drzwi. Otworzyłam torebkę i wyjęłam klucze. Położyłam je Wojtkowi na dłoni.
- Pozwól mi jeszcze się do ciebie odezwać - powiedziałam patrząc mu głęboko w oczy. Walczył ze sobą, aby się nie rozpłakać. Nie chciał pokazać mi, jak bardzo mu na mnie zależy. Ja również nie chciał widzieć go płaczącego - nie zniosłabym tego. Wówczas moje i tak mocno rozdarte już serce, mogłoby pęknąć.
- Nie zasługujesz na to - odpowiedział, choć jego ostatnie słowa były już niewyraźne, bo mówił ze ściśniętym gardłem i łzami w oczach. - Zostaw mnie samego.
Przez chwilę nie mogłam się ruszać ani oddychać. Czułam się jakbym była sparaliżowana. Jakby ktoś odciął mi dopływ tlenu i bezczelnie patrzył jak umieram. Jeśli ja czułam się tak okropnie to jak musiał czuć się w tej chwili Wojtek?
Wzięłam głęboki oddech i udałam się w stronę tarasu. Weszłam po schodach na górę i popatrzyłam jeszcze raz na Wojtka przechadzającego się po ogrodzie. Nie mogłam długo tak stać, bo bałam się, że zemdleję. Byłam już głodna i wycieńczona płakaniem. W myślach prosiłam tylko o to, by rodziców Wojtka nie było jeszcze w domu. Przeszłam przez jego pokój, zatrzymałam się w drzwiach, by spojrzeć na substancję, która leżała na biurku. Chciałam ją wyrzucić z dala od Wojtka domu, aby nigdy jej nie znalazł. W jednej chwili nawet przemknęła mi przez głowę myśl, aby zabrać ją dla siebie. Mogłam ją wziąć na jeden raz, co pewnie okazałoby się dawką śmiertelną. Rozumiałam, że to głupie, a nic innego nie mogę zrobić, więc odpędziłam od siebie te myśli i opuściłam Wojtka pokój, a następnie dom. Szłam szybko i nie zatrzymywałam się ani na moment. Postanowiłam nie jechać autobusem tylko wrócić do domu na piechotę. W końcu od Wojtka do mnie nie było aż tak daleko. Po drodze kilka razy dzwonił do mnie Łukasz, ale nie odebrałam. Nie chciałam teraz z nikim rozmawiać. Gdy wróciłam do domu położyłam się do łóżka i owinęłam kołdrą. Chciałam spać tak długo, aż wszystkie problemy znikną, aż wszystko się ułoży. Uciec od tego daleko i długo nie wracać. Może nawet nigdy.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)







.jpg)


